Dziewczyna przeszła przez, solidy drewniany most, zbudowany z przepołowionych pni pokaźnych rozmiarów dębów. Tylko pojedyncze kroki oddzielały ją od bram grodu, które stały przed nią otworem. Zza rogu palisady spoglądała na nią kobieta w niebieskiej sukni ze zdobieniami z białej koronki. Na rękach trzymała niemowlę owinięte w starannie wykonany lniany kawałek materiału. Z zaciekawieniem przyglądała się czarnowłosej dziewczynie kuśtykającej w jej kierunku, spoglądając co raz to na twarz nieznajomej to na niedbały opatrunek na jej nodze. Dopiero po chwili doszło do niej, że osoba idąca w jej kierunku potrzebuje pomocy. Wiven zatrzymała się i zaparła cały ciężar swojego ciała na dębowym kiju. Mogło to się wydawać dziwne, przecież od kobiety z dzieckiem dzieliło ją raptem kilka kroków, lecz wtedy, gdy każdy z nich był okupiony bólem, było to rozsądne posunięcie. Wiven spojrzała w głąb grodu, orientowała się ni mniej ni więcej w którym miejscu się znajduje. Przed nią biegła droga wyłożona niewielkimi polnymi kamieniami, ta dalej zakręcała wokół jednej z dwóch piętrowych chat, które widziała, wcześniej ze wzniesienia w sosnowym lesie. W sumie nie tylko te chaty widziała, Wiven miała okazję przyjrzeć się rozmieszczeniu zabudowy całego grodu. Po chwili do kobiety w niebieskiej sukience podszedł dość młody mężczyzna o mocno opalonej twarzy i mysich włosach, niezbyt pokaźnej postawy, ale do słabiaków też zaliczyć go nie można było. Zamienił z nią dwa słowa i odwrócił się do obcej sobie zielonookiej dziewczyny.
- Kim jesteś – zapytał ją spokojnym głosem, jednocześnie zmierzając w jej kierunku.
- Wiven. Zgubiłam się i trafiłam do was, pochodzę z Nitr…ahhh – kij na którym wspierała się dziewczyna przesunął się po gładkim półokrągły kamieniu, choć wcześniej znajdował na nim oparcie. Wiven z impetem poleciała prosto na kamienną drogę. Mężczyzna doskoczył do niej i już rozłożył ręce by ją podnieść, lecz zwątpił.
- Twoja noga… jak mogę… żeby cię nie urazić – pośpiesznie zapytał.
- Poczekaj, co to za miejsce?
Ten jednak nie miał zamiaru jej odpowiadać, był zestresowany całą sytuacją, jednak chciał sprawiać wrażenie pewnego siebie wziął Wiven na ręce.
- Mówisz, że pochodzisz z Nitry – Bogdan podrzucił nią lekko, aby poprawić chwyt – słyszeliśmy co się stało. Spokojnie, zaraz zabiorę cię do Mirona. To uczony, pomoże ci.
Czyli moja rodzina mnie poszukuje i wieść doszła także i tu, czyli to nie może być daleko – pomyślała Wiven. Przeszli koło jednego z gospodarstw odgrodzonego od drogi niewielkim drewnianym płotem, za nimi cały czas podążała kobieta z niemowlęciem na rękach. W grodzie Wiven nie zauważyła zbyt wielu ludzi, być może mają swoje zajęcia poza grodem, lub siedzą w domach. Część na pewno widziała
wcześniej jak szli w kierunku wyrąbiska.
- Dasz radę stanąć, drzwi są wąskie i nie przecisnę się z tobą na rękach.
-Tak, spokojnie.
Drzwi rzeczywiście były małe. Wiven, aby przejść przez nie musiała się schylić, do tego strasznie wąskie, ona sama nie miała problemu z przejściem, lecz Bogdan musiał przechodzić niemal bokiem. Zatrzymał się za nimi i powiedział coś do kobiety w niebieskiej sukience, lecz nie usłyszała co konkretnie. W środku panował półmrok. Przez niewielkie okna wpadało bardzo mało światła. Ściany domostwa tworzyły poziomo ułożone bale, połączone drewnianymi klinami, szczeliny między nimi wypełniał mech. Przy ścianie naprzeciw drzwiom stał całkiem pokaźnych rozmiarów stół, a po jego prawej stronie niezbyt starannie wykonana szafa z miedzianymi okuciami.
- Połóż się, Żywia już poszła po Mirona, ten pewnie zaraz przyjdzie i opatrzy twoją nogę.
Wiven spokojnie podeszła do usytuowanego po lewej stronie łóżka, cały czas podpierając się ręką o ścianę. Jednak nie położyła się na nim tak jak kazał mężczyzna, a tylko usiadła. Podparła się prawą ręką o skrzynię, która stała obok. Wiven dopiero teraz zauważyła, że po całej chacie porozrzucane są zabazgrane pergaminy, nie umiała czytać, więc ich zawartość pozostawała dla niej tajemnicą.
- Jak sobie chcesz – w jego głosie zdawało się odczuć drwinę.
Nie udało się jednak jej zauważyć.
- Bez przesady, nie jestem umierająca, co do nogi podróżuję z tą raną już dwa dni, także w tej chwili jest już lepiej niż gorzej.
Bogdan wyglądał na lekko speszonego, jakby szukał tematu do dalszej rozmowy.
- Jak trafiłaś tutaj do nas z Nitry – udało mu się w końcu wymyślić.
- Yhhh, to długa historia może później, wiesz od dawna nie miałam w ustach porządnego jedzenia… jeśli nie byłby to problem…
Dziewczyna spojrzała na pozwijane pergaminy, udając że jest nimi zainteresowana, chciała dać mu do zrozumienia, że ta rozmowa nie jest dla niej ważna. Może i wcześniej chciała z nim porozmawiać, teraz jednak bardziej ją interesowało czego może dowiedzieć się od nijakiego Mirona, wyglądało na to, że cieszył się dość dużym szacunkiem u miejscowych.
- Zaraz znajdę coś u siebie i ci przyniosę, poczekaj tu na Żywię, zaraz przyprowadzi uczonego.
***
-AŁŁAAA – Wiven zawyła.
-Poczekaj, żeś niecierpliwa. Inaczej tego opatrunku ci nie zdejmę. Gdyby był zrobiony jak należy nie bolałoby tak bardzo.
Wiven zignorowała tą dokuczliwą uwagę, bardziej się dla niej liczył fakt, że w końcu ktoś fachowo zajmie się jej raną. Niski, chudy człowieczek o siwych włosach zacmokał nad jej kolanem.
- Nie ma tragedii, choć ktoś powinien był ci to wcześniej zszyć.
- Wiesz jakoś jak byłam sama w dziczy to zwierzyna płowa niezbyt się rwała do tego zadania – odgryzła się Wiven.
- Wsiury, nie dość że człowiek próbuje pomóc to jeszcze im chamskie odzywki na język się niosą miast podziękować. – zbulwersował się uczony, lecz kontynuował swoje zadanie.
- Co to za wieś – teraz już bardziej pokornym głosem spytała mędrca.
- To nikt ci tego jeszcze nie powiedział – zadziwił się starzec – myślę, że jako karę mogę pozostawić cię w nieświadomości co do nazwy tego miejsca, a teraz wybacz mam tu swoje sprawy – powiedział kierując się w stronę drzwi.
- A co ze mną?
- Powiem starszemu wsi, że tu jesteś, on zadecyduje co z tobą, bo u mnie zostać nie możesz – po tych słowach wyszedł łagodnie zamykając za sobą drzwi. Wiven zainteresowana opatrunkiem wykonanym przez starca zaczęła go oglądać, w jej ocenie nie różnił się zbytnio niczym od tego, który wykonała sama dwa dni wcześniej, no może ten był wykonany z lepiej przygotowanego materiału.
Wstała z łóżka sprawdzić jak się sprawuje nowy opatrunek w czasie chodzenia, czy nad zbyt nie krępuje ruchów. Przeszła kilka kroków po chacie. Okazało się, że starzec wykonał całkiem solidny kawał roboty. Zgłodniała trochę, mężczyzna który miał jej przynieść jedzenie chyba zapomniał o tym. Przypomniała sobie o swoim kiju, który pozostał przy bramie.
Na zewnątrz zaczynało zmierzchać. Wiven chciała przejść się po wiosce, obejrzeć miejsce w którym przyszło jej znaleźć i o ile pozwoli na to starszy wioski – zostać na jakiś czas. Ciężko był jej iść bez podparcia, wyznaczyła sobie na pierwszy cel wrócić do bramy i zabrać z tego miejsca swojego ostatniego oddanego przyjaciela podróży. Cóż jeśli wszystko pójdzie gładko, to może w przeciągu dwóch tygodni wrócę do Nitry. Najważniejsze, żeby noga się zagoiła, jak pozwolą mi tu zostać do tego czasu, to po wyjeździe na pewno wrócę z bratem i z zapłatą za pomoc – planowała dziewczyna. Zatrzymała się , pozwalając kilku kurą przebiec przed nią. W tym momencie przykuł jej uwagę jakiś ruch. Spojrzała w prawą stronę, tuż przy ostrokole przy ramie do garbowania skóry kłopotał się jakiś człowiek.
- Jak praca, masz trochę czasu?
Teraz gdy podeszła bliżej, miała okazje lepiej przyjrzeć się człowiekowi z którym zaczęła konwersację. Wysoki, dobrze zbudowany młodzieniec z wygolonymi nad skroniami i dalej na półokrągło nad i za uszami włosami w kolorze mokrej słomy, spiętymi w kitę na karku. Jego twarz rysowała się dość twardo, choć trochę łagodniejszego charakteru nadawały jej niebieskie oczy. Wiven od razu też zauważyła szeroką bliznę na jego ręce biegnąca od samego nadgarstka przez całe przedramię kończąc się kawałek za łokciem.
- Szłoby sprawniej, gdybyś nie…- odwrócił się w stronę dochodzącego go głosu dopiero teraz zobaczył nieznajomą sobie dziewczynę, zrezygnował z docinki, którą miał przygotowaną dla osób przerywających mu pracę właśnie w ten sposób. Nie chciał wyjść na gbura, przy dziewczynie, która w pewien sposób go urzekła. Wpadł w zakłopotanie jak wybrnąć ze słów, które już padły
- Gdybyś nie… - zająknął się myśląc co dalej – …mogła mi – rozejrzał się po przygotowanych wcześniej narzędziach, w końcu łapiąc za brzozowy kubełek i niemal wciskając go dziewczynie w ręce z zadowoleniem dokończył – potrzymać mi tego oleju.
- Wiesz z chęcią, ale… - uniosła nogawkę odsłaniając nowy opatrunek – trochę mi to dokucza, wolałabym na chwilę gdzieś usiąść i porozmawiać, ale widzę masz tu natłok roboty więc, chyba nie będę przeszkadzać.
- Ależ siadaj, chłopak wręcz gorączkowo przełożył na ziemię wcześniej przygotowane przedmioty potrzebne mu do wygarbowania skóry, zawieszonej w ramie.
Wiven usiadła na teraz już pustej ławce przypartej do ściany ostrokołu. Coś podpowiadało jej, żeby nie zaczynać rozmowy wprost od trapiącej ją kwestii, ale znacznie „pogawędkę” przedłużyć, przy okazji zabijając czas przed przyjściem starszego tej wsi. Pomysłu na nią jej nie brakowało, więc beztrosko rozpoczęła.
- Z jakiej zwierzyny skórę wyprawiasz? – spytała młodzieńca.
Oczywiście sama dobrze wiedziała, z jakiego zwierza pochodzi skóra. W końcu mając w rodzinie myśliwego, wręcz wyzwaniem stawało się nie wiedzieć jak wygląda chociaż z opowiadań i opisów jeleń. Skóra z tego osobnika była duża, znaczy że ktoś upolował naprawdę pokaźną zwierzynę.
- To… - spojrzał na ramę – …z jelenia, Bogusza mi przyniósł, trochę z tym roboty będzie, ale da się radę. Z kim tu przyjechałaś?
- Sama tu jestem – zobaczyła, po wyrazie jego twarzy, że ta odpowiedź go nie satysfakcjonuje i szybko dodała – zgubiłam się, blisko tygodnia, a przynajmniej tak mi się wydaje błąkałam się po pobliskich puszczach, aż w końcu trafiłam tutaj. Już w grodzie niejaki Miron opatrzył mi nogę – Znów z jego twarzy udało jej się wyczytać chęć zadania kolejnego pytania, więc znów dodała – z Nitry.
- Z Nitry… w takim razie słysz…
- Wivenka – krzyknął ktoś z za rozciągniętej jeleniej skóry.
Dziewczyna zerwała zapominając o ranie na kolanie i odwróciła się w stronę dochodzącego ją głosu. Jednak ból, który ją przeszył w nodze spowodował, że usiadła jeszcze szybciej niż wstała. Złapała rękoma za bolące miejsce, ale nawet ten ból nie mógł spowodować, by choć na chwilę przestała myśleć o głosie, który właśnie usłyszała. Jego właściciel podbiegł do dziewczyny przewracając wiadro z wodą stojące na jego drodze.
- Pokaż mi dziecko tą nogę – powiedział klękając przy niej.
- Stryju – Wiven rzuciła się mężczyźnie na szyję mocno go ściskając.
Młodzieniec ze zmieszaniem przyglądał się całemu zajściu, dopiero po chwili zrozumiał całą sytuację.
***
- Proszę – powiedziała do niej Dalmiła stawiając przed nią miskę wypełnioną gryczaną kaszą.
- Także Wiven powiedz nam co dokładnie wydarzyło się w Nitrze w dniu w którym no wiesz… - zapytał ją Wilczmir siadając naprzeciwko niej przy stole.
Był to naprawdę wielki chłop, potężnie zbudowany lecz miał on już swoje lata.
- Zapomniałam… nie pamiętam tego dnia, jakby on nigdy nie istniał – spojrzała na twarz swojego stryja – możesz mi wierzyć, bądź nie, ale nie jestem w stanie sobie go przypomnieć – zaczęła nerwowo się przed nim tłumaczyć.
- Ehhh… wierzę ci, a teraz spokojnie opowiadaj od najwcześniejszego momentu, który jesteś w stanie sobie przypomnieć.
Na zewnątrz było już kompletnie ciemno, a tylko w pojedynczych chatach połyskiwało światło. Lecz niewielu wiedziało, że właśnie w jednej z nich, młoda Wiven opowiada swoją historię starszemu tego grodu. Jeszcze mniej znało tą historię, a przeżyła ją tylko ona, lecz wielu wiedziało to czego ona nie pamiętała to co musiało pozostać dla niej tajemnicą przez jeszcze pewien czas.
- A właśnie moja torba została chyba u tego waszego Mirona, swoją drogą straszny z niego gbur.
- Prawda przysłał nam go wojewoda, w sumie można rzec, że sam po niego posłałem, ale jeśli cię to interesuje, to porozmawiamy o tym jutro, bo to dłuższa historia. A co do twojej torby, to staruszek przyniósł mi ją sam zaraz po tym jak żeśmy tu przyszli.
- Stryju, nie chcę ci się specjalnie narzucać. Gdy tylko moja noga mi się zagoi jak najszybciej wrócę do Nitry
- Oczywiście dziecko, oczywiście – skłamał – No dobra, pojedli, popili to teraz do łóżek pora, bo jutro robota jest! Oczywiście ty Wiven poczywaj rano ile ci trzeba – po tych słowach wstał i udał się do pokoju na górze.
- Chodź Wiven udało mi się na szybkiego przygotować dla ciebie pokoik, nie wiedziałam, że do nas trafisz, gdybym…
- Dziękuję – przerwała Dalmili – doceniam, co dla mnie robicie, a swoją drogą, nie miałyśmy okazji wcześniej się poznać – Moi rodzice i starszy brat byli na waszej swaćbie, a ja z siostrą zostałyśmy w Nitrze, także miło, że mam w końcu okazję – Wiven uśmiechnęła się.
Wiven rozglądała się po swoim pokoiku. Wydawał jej się całkiem przytulnym miejscem, nie był zbyt wielki, ale jako tymczasowe lokum wydawał się wystarczyć. Miała tu swoje własne łóżko z miękką pierzyną wypchaną gęsim pierzem. Tuż przy wejściu stał solidnie wykonany, pięknie zdobiony kredens, a na przeciw niemu drewniana, mała tak aby pasowała do pokoiku meblościanka. Od ostatnich kilku dni w końcu kładła się najedzona, porządnie umyta i w miękkim łóżku. W głowie krążył jej mętlik myśli, całym dzisiejszym dniem była tak podekscytowana, że nie chciała spać.
***
W pomieszczeniu było już całkowicie jasno, choć światło dochodziło tu jedynie jednym małym oknem. Wiven przetarła oczy, rozejrzała się po pokoju. Wciąż nie do końca rozbudzona zaczęła wpatrywać się w zdobienia kredensu, jeszcze przez chwilę nie mogła zmusić się do wyjścia z miękkiej pościeli. Ciągle była w tej samej lnianej bluzce, którą rozdarła by zatamować krwotok. Może Dalmiła – będzie miała coś co by na mnie pasowało – pomyślała, lecz szybko stwierdziła, że to raczej mało prawdopodobne, Wiven była od niej sporo chudsza. Odruchowo zaczęła rozglądać się za swoim kijem, żeby się podeprzeć i wstać, ale przypomniała sobie, że ten nadal leży pod bramą. Podparła się o komodę i wstała wyszła ze swojego pokoiku do głównej sali domostwa, gdzie jeszcze wczoraj miała przyjemność zjedzenia pierwszego od wielu dni porządnego posiłku. Przeszła obok kilku wspierających strop belek, na których ktoś najwyraźniej kiedyś próbował coś wyrzeźbić, lecz jak widać ze słabym efektem. Wydało jej się, ze w chacie nikogo nie ma, chyba że na piętrze, lecz nie miała zamiaru tego sprawdzać. Chciała wyjść na dwór poobserwować trochę życie w grodzie. Przypomnieć sobie jak to jest… między ludźmi, gdy w każdej chwili ktoś może cię zaczepić, o coś spytać, nie tak jak przez ostatnie kilka dni. Na niebie nie było widać ani jednej chmury, ogólnie zapowiadał się ciepły i przyjemny dzień. Dziewczyna kuśtykając przeszła od domu do chlewika, obok którego znajdowało się wyjście z zagrody jej stryja.
- Wiven, czekaj! – dobiegł ją głos Dalmili.
Odwróciła się w stronę swojej stryjenki, która jeszcze przed chwilą rozwieszała pranie na lnianych sznurach zawieszonych między ścianą chaty, a kurnikiem.
- Ja… nikogo nie było w domu chciałam wyjść na zewnątrz, trochę się rozejrzeć.
- A źle ci w łóżku było, widzę nie wdałaś się w Wilczmira, ten jakby mógł to i do południa w wyrze by leżał, no ale ni może – zaśmiała się.
- A co teraz jest – sarkastycznie zapytała Dalmiłe, uśmiechając się z wyższością.
- Dobra, wygrałaś – przerzuciła koszulę męża przez sznur – w sumie pewnie nie ma sensu zatrzymywać cię, po twojej minie widać, że i tak pójdziesz szukać stryja.
- Jakbyś zgadła – powiedziała wdzięcznie, była zadowolona że udało się uniknąć dłuższej rozmowy o tym.
- Bądź co bądź, poszedł z Mironem doglądać budowy ostrokołu, ja tu mam trochę pracy, ale jeśli kogoś w grodzie zapytasz, to na pewno wskażą ci drogę.
Wiven ukłoniła się kobiecie i kuśtykając udała się w stronę bramy po swoją zgubę, mogła uczciwie przed sobą powiedzieć, że przywiązała się do tego kija i dopóki jej noga się nie zagoi, bądź ten sam nie ulegnie destrukcji innego nie chce.
Nie musiała nikogo pytać o drogę, sama trafiła na miejsce, w sumie ciężko było nie zauważyć takiego zbiorowiska, było tu w sumie ze dwadzieścia chłopa. Wiven szła w ich kierunku próbując wypatrzeć Wilczmira. Tuż przy niej leżały hałdy okorowanych bali, jak się domyśliła na budowę ostrokołu, tylko po co budować drugi pierścień – zaczęła się zamyślać. Nagle poczuła mocne szarpnięcie za ramię, odwróciła się w tę stronę. Szarpiącym okazał się słomianowłosy młodzieniec, z którym wczoraj miała przyjemność rozmawiać.
- Jak się czujesz – nieśmiało zapytał.
Wiven zmierzyła go wzrokiem, upewniając się czy to na pewno ten sam chłopak. Wczoraj była dość zmęczona, więc można był zrozumieć jej zachowanie, lecz ten wydawał się o tym nie wiedzieć.
- Obraziłaś się na mnie – brnął dalej, by przykuć jej uwagę.
- Nie wybacz, szukałam tu starszego.
- Dla kogo starszy dla tego starszy, a dla ciebie chyba krewniak – wesoło odpowiedział – o wczorajszym zajściu cała wieś huczy.
- Gród – poprawiła go Wiven
- Co?
- Gród, wieś to to była przed budową pierwszej palisady, a jak widzę tu już druga się szykuje.
- Do grodu to tu jeszcze brakuje, a swoją drogą kto powiedział ci, że budujemy kolejną?
- A Dalmiła…
- Ech ta moja żona – przerwał jej głos stryja – widzisz Wivenka, nie budujemy drugiego ostrokołu, lecz wzmacniamy ten pierwszy – przerwał na chwilę spoglądając na kij, którym się dziewczyna podpierała – rozkazy od wojewody, nie wiem dlaczego tak rozkazał, po prostu przyjechał tu z Mironem i kilkoma wojownikami ostatniej jesieni i nakazał budowę umocnień, w zamian wieś na 10 zim z daniny obiecał zwolnić. Zupełnie jakby jemu to miało służyć.
- Wybacz sołtysie, że się wtrącę – zaczął młodzieniec, ale to może ma związek z…
- Nie powinieneś pomagać przy glinie? – przerwał mu Wilczmir – No już do pracy, później jeszcze porozmawiamy.
- Nie myślałeś stryju, że może wojna się szykuje – z zaciekawieniem spytała Wiven.
- Wojna tu a z kim, a nawet jeśli to nie w centrum Lechii.
- Nie chcę przekombinować, ale przecież są kaganaty wschodnie, albo Helleni na południu, a kto wie, może nasi władykowie posprzeczali się ze Skandynawami – zaczęła z zafascynowaniem wymieniać.
- Gdyby coś takiego miało nastąpić, to wojna już by trwałą, w końcu od jesieni trzeci kwartał już mija – Wilczmir zaczął się zastanawiać – nawet jakby wojna wybuchła wątpię aby jakakolwiek bitwa rozegrała się tutaj, ale dość już tej polityki.
- Co cię tu przywiało, powinnaś poczywać w chacie.
- Widzisz stryju, w sumie to chciałam się tu rozejrzeć, w końcu przyjdzie mi w tym miejscu pozostać na pewien czas, przy okazji mam do ciebie prośbę.
- Mów, o co chodzi mała?
- Konkretnie, to o ubrania, moje są w tragicznym stanie, może prócz butów.
Mężczyzna z impetem uderzył dłońmi próbując zabić przelatującego komara.
- Wiedziałem, że wczoraj o czymś zapomniałem, gdy przyszliśmy – przerwał na chwilę, jednak po zastanowieniu dodał – a ubrania Dalmili nie pasują na ciebie?
- Niestety.
Wilczmir zaczął się dokładnie przyglądać dziewczynie, zastanawiając się, która z miejscowych kobiet, bądź młódek miałaby posturę podobną do niej. Uśmiechnął się.
- Hej Lasota – krzyknął do jednego z pracujących mężczyzn, niewysokiego, o dość krępej budowie.
- Ta jest panie sołtys – zakrzyknął jednocześnie ochoczo podbiegając do wołającego.
- No! Słuchajcie, chcecie dzisiaj wolne mieć i zarobić przy okazji?
- A kto by nie chciał dobrodzieju – zaczął się przymilać wyczuwając okazję.
- Jak myślicie córka twoja posturą podobna do niej? – wskazał mu skinieniem głowy na Wiven.
- Panie sołtys jak dwie krople miodu z jednej beczułki, ale ta ładniejsza – nadal słodził.
- Dobra, dobra, bo już mnie rzyć boli jak próbujecie mi bez mydła wejść do niej, dobrze zapłacę ci za ubrania dla niej, co ty na to?
- Na pewno coś się znajdzie.
Córka Lasoty na początku nie chciała pozbywać się żadnego ze swoich ubrań, dopiero po zapewnieniach ojca, że odkupi jej ich z nawiązką, zgodziła się wyłożyć kilka z nich. Rozłożyła na łóżku blisko poł tuzina sukni, kilka damskich koszul zdobionych koronkami, a i nawet znalazły się dwie pary spodni, które wśród kobiet nie cieszyły się zbytnią popularnością. Mimo to Wiven nie wyobrażała sobie chodzić w niczym innym. Na koniec z jednej ze stojących w koncie pokoju szafek wyciągnęła dwie pary skórzanych kozaków na obcasie.
Wiven z góry odrzuciła wyłożone suknie, jednocześnie wskazując na skórzane spodnie i zaczęła się zastanawiać nad koszulami. Nie lubiła zbędnych zdobień, ale wszystkie były udekorowane białą koronką. Usiadła, chciała się jeszcze chwilę zastanowić się nad wyborem, spojrzała na Lasotę na jego twarzy malował się szeroki uśmiech, pewnie stryjek miał mu rzeczywiście dobrze zapłacić za ubrania. Natomiast jego córka wydawała się myśleć dokładnie odwrotnie wystarczył jeden rzut oka, by to stwierdzić. Wstała zakreśliła okrąg przechadzając się po pomieszczeniu. W końcu zdecydowała się na trzy koszule, które wydawały się jej najuboższe w koronkę.
- Pomożesz mi to zabrać – zwróciła się do Lasoty.
- Oczywiście, panienka się nie martwi, zaraz wszystko zaniosę do domu sołtysa.
Dziewczyna już kierowała się w stronę drzwi, gdy tuż przed nimi zatrzymała się.
- I jeszcze te kozaki.
- Które – z uśmiechem ją dopytał.
Po tych słowach córka gospodarza dosłownie zbladła, jakby jej właśnie ktoś wieszczył śmierć i to w najgorszy możliwy sposób, wytrzeszczyła oczy wpatrując się w Wiven i czekając na to co zrobi, lecz ta wydawała się tego nie zauważyć.
- Te z wyższą cholewką, wyglądają całkiem zgrabnie – wskazała na zamszowe buty.
W tym momencie twarz młódki z blado białej natychmiastowo zmieniła się na czerwoną. Z głośnym tupnięciem obróciła się na pięcie i odeszła w głąb chaty udając, że już teraz nic ją nie interesuje. Lasota wcale nie był zdziwiony jej zachowaniem, Wiven od razu domyśliła się, że to raczej normalne zachowanie jego córki. Lekko się uśmiechnęła i wyszła z chaty.
Nie chciała jeszcze wracać do domu stryja. Po wyjściu przez solidne dębowe drzwi skierowała się od razu w prawo idąc wzdłuż ogrodzenia gospodarstwa, w którym przed chwilą miała okazję gościć. W powietrzu wyczuwała woń świńskich odchodów zmieszanych z intensywnym zapachem bielunia, ogólnie nie była do zbyt przyjemna mieszanka dla jej nosa. Teraz za jedną z zagród skręciła w prawo, za ścianą, którą właśnie minęła wyłonił się dość pokaźnych rozmiarów wysypany piaskiem plac z posągiem na środku. Wiven podeszła bliżej w jej rodzimym grodzie stał posąg Swarożyca. Tutejszy wydawał jej się inny, poświęcony innemu bogu. Tuż przy nim klęczała kobieta. Podeszła bliżej nie ze względu na nią lecz przez ciekawość któremu z bogów poświęcona została osada jej stryja. Zaczęła się bacznie przyglądać.
Na samej górze znajdował się wyrzeźbiony co poniekąd w drewnie, co stanowiło nadzwyczajny paradoks korzenie drzewa, pod nimi niezbyt starannie wydłubana została twarz starca z dorodnym wąsem i raczej krótką brodą, więcej nikt nic nie musiał jej podpowiadać. Oczywistym się stało, że jest to Weles, Pan Nawii, przysięgi i bogactwa. Pod jego brodą widnieli ludzie, którzy w zamyśleniu twórcy posągu zapewne mieli wyglądać na ubranych w bogate stroje i podających sobie ręce, co zapewne miało symbolizować umowę między nimi złożoną w cieniu Welesa. Wiven uznała tą symbolikę za mocno naciągniętą, lecz do przyjęcia. Pod ich stopami znów widniały korzenie drzew tym razem w formie płaskorzeźby, A na samym dole okrągłego posągu pofalowane sylwetki ludzkie te pewnie miały być duchami zmarłych w Nawii.- Kręci się, nie oddaje czci – krzyknęła starowinka, która stała przy rzeźbie.
- Tak, a co ja niby zrobiłam?
- Bez ofiary bez niczego – kontynuowała ledwo łapiąc oddech.
Wiven chciała zignorować i odejść z tego miejsca przecież nie miała tu nic do zrobienia. Odwróciła się, lecz kobieta złapała ją za ramie, jej dotyk był lodowato zimny. Dziewczyna próbowała się wyszarpnąć, lecz uścisk był zbyt mocny.
- Puść! – krzyknęła do niej ponawiając próbę.
Teraz dopiero spojrzała jej prosto w twarz. Nie była to twarz ludzka. Oczy były całkowicie białe, pozbawione tęczówek jak i źrenic, na całej twarzy przez cienką warstwę skóry przebijały się dokładne rysy mięśni i ścięgien w niektórych miejscach odwzorowywały się także kontury czaszki. Włosy pojedyncze szare, a ręka która ją ściskała pozbawiona w niektórych miejscach skóry. Dlaczego wcześniej nie zauważyła tego? Może dlatego, że zupełnie zignorowała ją na rzecz posągu. Do tego dosyć szczelnie była okryta ubraniami, fakt iż mocno zniszczonymi, ale to nie było przecież cechą specjalnie wyróżniającą. Wiven czuła jak zimno z ramienia przechodziło dalej na bark i sięgało szyi. Z sinych ust upiorzycy wydał się syk.
- Ta co po dwakroć śmierci uciekła, teraz ranna do Welesa przybiegła. Kat myśli, że zginęła, a ona tutaj czmychnęła. Gdy się dowie dziki myśliwy, spotka ją los burzliwy. Za zbrodnie w rodzie popełnioną, na zawsze zostanie potępioną. Jedyny nadziei dla przeklętej błysk, to spojrzenie władcy Nawii oczysk – po tych słowach znów zaczęła syczeć.
Dziewczyna nie mogła wyrwać się z lodowatego uścisku, nie miała nawet już władzy nad swoją ręką. Lodowata fala brnęła dalej przez szczękę ku czołu. Syk przeszywał jej uszy, w oczach zaczęło jej się robić coraz ciemniej aż w końcu wszystko stało się czarne, czuła jak leci na plecy, jak upada na ubity piach. Jeszcze chwilę słychać było syk, aż umilkł leżała tak jeszcze przez moment, aż w końcu wszystko dookoła umilkło.
***
- Jak już wydobrzeje, to jak długo masz zamiar trzymać przed nią wszystko w tajemnicy – wrzasnęła Dalmiła
- Nie wiem, nie wiem – Brodaty mężczyzna złapał się za głowę wlepiając wzrok w podłogę – jak długo będzie trzeba dopóki…
- Dopóki co? Nie odbudują Nitry i nie wskrzeszą jej mieszkańców? Jej rodziny – przerwała mu.
- Daj mi czas, potrzebuję czasu teraz nie wiem sam co dalej z jednej strony ona, a z drugiej rozkazy od wojewody.
Mężczyzna zatoczył krąg przechodząc się po izdebce, przy okazji zaglądając do pokoju czarnowłosej dziewczyny. Miał nadzieję że się już obudziła i wszystko już dobrze, lecz ta nadal spała.
- A nie pomyślałeś, że to się wszystko łączy to co stało się tam i… - spojrzała na dokumenty na stole – te umocnienia, czy nie połączyłeś tego jakoś ze sobą.
- Nie, to dwie różne sprawy – skłamał, zupełnie nie dając tego po sobie poznać – przecież zaczęliśmy budowę dużo wcześniej przed tym co stało się w Nitrze.
- Kochanie…
- Hmm?
- Może i masz rację poczekajmy jeszcze z tym, niech dziewczyna dojedzie do siebie.
***
Wiven obudziła się, czuła dziwne pulsowanie w skroni. W jej pokoju było jasno, znaczy jest dzień, ale… chwila – zaczęła się zastanawiać – co się stało, jak tu trafiła. I ta kobieta… nie, nie kobieta upiór. Podniosła się i usiadła na skraju łóżka. W oczy rzuciły jej się ubrania, które wczoraj… chyba wczoraj tak jej się wydawało wybrała sobie u Lasoty. Musiała pozbierać myśli co się wczoraj stało pod rzeźbą Welesa. Wstała zrobiła kilka kroków dopiero po chwili zorientowała się, że ból w kolanie ustał. Rozwinęła opatrunek rana wyglądała dużo lepiej niż się spodziewała, właściwie prócz opuchlizny nie było większych śladów po zranieniu, no może prócz ciemno różowej otoczki okalającej opuchliznę. Wyszła z pokoiku podpierając się swoim kijem, teraz już chyba tylko z przyzwyczajenia, bo noga wcale nie bolała. Przypomniała sobie o uścisku jakim uraczył ją upiór, zdjęła bluzkę, by przyjrzeć się ramieniu, lecz to wyglądało na nietknięte. Ubrała się w nową koszule i spodnie.
- Proszę, proszę wstała już dzieweczka – usłyszała irytujący głos znielubionego uczonego, z którym już wcześniej miała okazje się zapoznać.
Wiven zignorowała tą uwagę.
- Gdzie mój stryj?
- Na górze właśnie uciąłem sobie z nim małą pogawędkę, choć nie powiem żebym był z niej zadowolony. Swoją drogą chciałbym i z tobą zamienić kilka słów.
- Ale ja bym nie chciała - odburknęła mu Wiven, miała zamiar spytać go jeszcze o co poszło między nim a Wilczmirem, ale stwierdziła że dowie się tego od stryjka.
- Obawiam się, że możesz nie mieć wyboru – odpowiedział jej z wyczuwalną wyższością i zniknął z futryny drzwi udając się dalej do wyjścia.
- No i zepsuł i mi humor - powiedziała sama do siebie.
Założyła swoje buty, służyły jej już od dawna więc, wytrzymają jeszcze trochę, a te które wzięła od Lasotowej córki stały przy łóżku. Wyszła ze swojego pokoju i minęła długi stół, przy którym cztery dni temu miała okazję poznać stryjenkę oczywiście o ile buc Miron mówił prawdę i rzeczywiście była nieprzytomna trzy dni. Weszła po schodach na górę, jeszcze nie miała okazji tu gościć. Na pięterku były trzy pary drzwi podeszła do najbliższych, które akurat były uchylone. Pewnie Miron wyszedł w takim tempie, że nie raczył ich zamknąć. Jej stryj siedział przy stole w niewielkim pomieszczeniu, jeszcze mniejszym niż jej pokój. Chrząknęła chcąc dać stryjowi do zrozumienia, że właśnie przyszła.
- Wivenka – ucieszył się na jej widok – w końcu się obudziłaś, jak się czujesz?
- Dużo lepiej niż przed tym całym wydarzeniem.
- Wydarzeniem – powiedział przeciągając sylaby – czyli jednak… a co dokładnie się wydarzyło – spytał, chodź z tonu jego głosu dało się odczytać, że o wszystkim wie, bądź szczegółowo domyśla się tego.
Wiven dokładnie opowiedziała całą historię stryjowi, nie pomijając nawet najdrobniejszych szczegółów. O dziwo całkiem dobrze zapamiętałą słowa upiorzycy.
- To się wcześniej zdarzało? – spytała.
- Nie do końca – podparł się o blat stołu – do tej pory myśleliśmy, ze to zwykłe widziadło, po raz pierwszy nie zniknęło, gdy ktoś się do niego zbliżył. Mało tego efekty spotkania z nim sama odczułaś najlepiej.
- A o co chodziło z tą klątwą?
- Pierwsze o niej usłyszałem właśnie od ciebie, ale spokojnie wysłałem gońców do Tranawy, aby sprowadzili żerców, niech przyjadą i zbadają całą sprawę.
- Poczekamy, zobaczymy, w międzyczasie stryju – zrobiła krótką pauzę chcąc podnieść wagę kolejnego pytania – co się dzieje w Nitrze.
Sołtys lekko pobladł, nie spodziewał się tego pytania, które było dla niego nadto niewygodne, lecz dziewczyna zdawała się tego nie zauważyć.
- W Nitrze – podrapał się pogłowie – wszystko w porządku, już wiedzą o twoim pobycie tutaj, ale nie mogą po ciebie przyjechać, podobno – zaczął się zastanawiać nad powodem – mają jakieś ważne zajęcie.
- A cóż jest takiego ważnego.
- Nie wiem Wiven, naprawdę nie wnikałem w to – zobaczył, że dziewczyna chciała mu przerwać, więc dodał pośpiesznie – może chcesz rozprostować nogi, na zewnątrz, ja mam tu jeszcze sporo ważnej pracy.
Niezbyt ją zadowalała odpowiedź stryja, ale nie chciała naciskać, zresztą byłą pewna, że niedługo wróci do Nitry.
***
Wiven przechadzała się po grodzie oglądając miejsca, w których jeszcze nie miała okazji oglądać. Ruch był dzisiaj duży, przynajmniej tak sądziła, bo odkąd tu jest spotykała tylko pojedynczych mieszkańców. Teraz jednak mężczyźni mieli wolne tak od wycinki jak i od budowy umocnień. Z dala zobaczyła krzątającego się przy pracy znajomego już sobie garbarza. Swoją drogą zdążyła już go polubić, lecz nie była w tej chwili w nastroju do rozmowy, dlatego nie zaczepiła chłopaka. Spacerując dalej była świadkiem dyskusji dwóch młodych dziewczyn, ale jak udało jej się wywnioskować z ich rozmowy matek i żon. Te zapalczywie spierały się czy prać lepiej jest w rzece, czy raczej w balii. Teraz będąc między ludźmi poczuła swego rodzaju sentyment, który zdawała się tylko ona rozumieć do klimatu marszu przez leśne głusze. Ale przecież nic nie stawało jej na przeszkodzie.
***
Przeszła przez drewniany most, którym kilka dni wcześniej kuśtykała do Osiedlic. Powietrze było dość rześkie i zapowiadało się na deszcz. Droga, po której szła prowadziła najprawdopodobniej do Nitry, ale nie widziało jej się teraz iść ponad dwadzieścia staj. Noga już nie bolała przy chodzeniu, lecz nadal odczuwała w niej pewien dyskomfort, dlatego w dalszym ciągu podpierała się swoim kijem. Wiven nadal rozmyślała nad słowami upiorzycy, liczyła się też z tym, że mogły nie dotyczyć wcale jej. Jedyną rzeczą, która byłaby prawdziwa to fakt, iż przyszła pod rzeźbę Welesa, ale to też tylko z ciekawości. Pojedyncze krople deszczu smagały dziewczynę po twarzy, lecz ta wydawała sobie z tego nic nie robić. Była mowa jeszcze o ucieczce przed śmiercią i to nawet dwukrotnej, ale w mojej wędrówce, tylko raz zdarzyła się na tyle niebezpieczna sytuacja, że mogłam zginąć – nadal rozmyślała.
A drugi? Mniejsza z tym nawet jeśli znalazłby się drugi to co za kat miałby mnie ścigać, prócz samej upiorzycy jeszcze jakoś nikt nie próbował mnie zabić. Deszcz rozpadał się już na dobre, więc Wiven postanowiła zejść z drogi i skryć się pod koronami drzew. Nie podobała jej się perspektywa chodzenia później w przemoczonych ubraniach, dlatego po krótkim rozpoznaniu czy w okolicy aby na pewno nikogo nie ma, zdjęła jeszcze suchą odzież upychając ją do swojej torby. Została całkiem naga jedynie w butach, które wody i tak nie przepuszczały. Siadła pod pniem jednego z większych drzew. Nie pozostało jej nic innego jak przeczekać ciągle nasilający się deszcz.
Dziewczyna wyciągnęła z torby swoje ubrania były całkowicie suche. Miała w planach przejść się jeszcze kawałek szlakiem między Osiedlicami a Nitrą, a później wrócić do domu stryja i się kurować, by jak najszybciej wrócić do domu. Przechodząc dalej zauważyła rosnące na skraju drogi ziele o zielonej łodydze i charakterystycznych pierzastych liściach zwieńczoną u samej góry drobnymi białymi kwiatami, kiedyś słyszała, że świetnie pomaga w leczeniu ran. Sama nie wiedziała dokładnie w jakiej formie ma być użyte, lecz w wiosce na pewno znajdzie się ktoś posiadający tą wiedzę. Zaczęła zrywać ziele. Nie wiedziała, na czym konkretnie ma się skupić, czy na kwiatach, zielu, a może liściach. Kto wie, może rany goił też i korzeń, dlatego Wiven wyrwała dwie sztuki wraz z nimi. Miały płytkie korzenie, więc nie stanowiło to wyzwania. Upychała je do torby, gdy poczuła uścisk dłoni na barku.
- Susz, bezpośrednio podany na ranę przyśpieszy jej krzepnięcie – Wiven odruchowo odwróciła się w stronę nieznajomego głosu – w twoim przypadku lepszy jednak będzie napar – spokojnie dokończył głos.
Jego właścicielem okazał się rosły mężczyzna o krótkiej brodzie i dorodnym wąsie. Wiven jeszcze przez chwilę miała wątpliwości co do zamiarów tego człowieka. Wyrwała się i odsunęła na kilka kroków w celu zdobycia dystansu, by ewentualnie mogła jakkolwiek zareagować. Teraz przyjrzała się mu dokładniej twarz miał szorstką, włosy nie długie przystrzyżone na skroniach. Gdyby nie broda i wąsy dałaby mu co najwyżej czterdzieści wiosen. Choć wpatrując się w jego oczy można było odczuć, że jest o wiele starszy.
- Powiedz mi tylko jedną rzecz jak to jest – zwrócił się do niej ze spokojem – jesteśmy prawie dwie staje od Osiedlic, dosłownie przed chwilą przestało padać, włosy masz mokre, co znaczy, że nie znalazłaś żadnego schronienia. Mimo to twoje ubrania są całkowicie suche?
Wiven od początku prześladowała myśl, że zna tą twarz, a nawet jeśli nie to chociaż widziała jej zarys, lub kontur i dopiero teraz jak grom trafiło ją z kim rozmawia. Weles – przeszło jej przez myśl. Spotkałam boga. Poczuła jak z podniecenia krew ucieka jej z palców rąk i uderza do głowy mimo tego nie chciała dać tego po sobie poznać. Weles uśmiechnął się jak gdyby wiedząc co się z nią dzieje.
- Jesteś bogiem, chyba powinieneś wiedzieć wszystko – Wiven próbowała rozmawiać z nim jak z kimś równym sobie.
- Jak mogę to wiedzieć skoro nie było mnie przy tobie podczas deszczu - odpowiedział jakby zupełnie niezaskoczony jej zachowaniem.
Dziewczyna wyczuła okazję, też miała parę pytań do Welesa, zwłaszcza dotyczących wczorajszych wydarzeń.
- Dobrze, odpowiem na twoje pytanie, ale zdradzisz mi za to wszystko co wiesz – zaproponowała, myśląc jedynie o przepowiedni upiorzycy.
- Wszystko – powtórzył po niej zdziwiony – przecież twojego ludzkiego życia na chodź wysłuchanie tego nie starczy.
Znów wydało jej się, że ma szanse zdobyć o wiele więcej niż planowała.
- To w takim razie pójdę na ugodę i nauczysz mnie jak najwięcej to możliwe – brnęła dalej ujawniając swoje umiejętności negocjatorskie.
Weles był naprawdę ciekaw jak się stała, że młódka ma suche ubranie po mimo padającego wcześniej deszczu. Nie była to sprawa niewiadomej wagi, lecz jak widać naturalna ciekawość tyczyła się nie tylko ludzi.
- Dobrze, będę cię uczył – odparł.
Wiven była w tej chwili zaskoczona nie wiele mniej, gdy dotarło do niej, że rozmawia z bogiem. Nie spodziewała się, że taka oferta padnie. Lecz spotkała ją szansa, a takiej szansy się nie odrzuca, niezależnie od sytuacji.
- Więc jak się stało, że twoje ubranie jest suche?
- Ehhh – westchnęła, czuła się w tej chwili, jakby to ona zdominowała całą sytuację – gdy zaczęło padać rozebrałam się i schowałam ubrania do torby, jak przestało założyłam je z powrotem.
Weles z impetem uderzył się otwartą dłonią w czoło.
- Idziemy do grodu.
- Gdzie? – zdziwiła się.
- Chyba tu nie zostaniemy, a musimy omówić kilka rzeczy – spojrzał za siebie – zresztą twój stryj wysłał po żerców, ale dostanie coś lepszego.
***






