Opis

Przede wszystkim dziękuje za znalezienie chwili na przeczytanie moich opowiadań. A teraz trochę na temat mojego projektu. "Mity Słowian pisane na nowo" jest projektem autora, który odnajdując podania, klechdy i mity słowiańszczyzny próbuje na nowo zbudować ich historię. Szukając o nich jak najwięcej informacji oraz doszukując się szczegółów - buduje historię nową wplecioną w żywy świat Słowian, mocno ubarwiając temat, lecz nie zmieniając faktów. Autor często także przeplata ze sobą historie różnych podań, aby pokazać jak zapomniane historie przeplatają się i łączą w całość w ten sposób budując wokół nich autentyczny, tętniący życiem świat. Autor: F.M.Dudziński

sobota, 29 sierpnia 2015

"Legenda o pierwszej wiedźmie" Część III

Dziewczyna przeszła przez, solidy drewniany most, zbudowany z przepołowionych pni pokaźnych rozmiarów dębów. Tylko pojedyncze kroki oddzielały ją od bram grodu, które stały przed nią otworem. Zza rogu palisady spoglądała na nią kobieta w niebieskiej sukni ze zdobieniami z białej koronki. Na rękach trzymała niemowlę owinięte w starannie wykonany lniany kawałek materiału. Z zaciekawieniem przyglądała się czarnowłosej dziewczynie kuśtykającej w jej kierunku, spoglądając co raz to na twarz nieznajomej to na niedbały opatrunek na jej nodze. Dopiero po chwili doszło do niej, że osoba idąca w jej kierunku potrzebuje pomocy. 
- Bogdan ho tu, ino szybko – krzyknęła kobieta odwracając twarz w prawą stronę.
Wiven zatrzymała się i zaparła cały ciężar swojego ciała na dębowym kiju. Mogło to się wydawać dziwne, przecież od kobiety z dzieckiem dzieliło ją raptem kilka kroków, lecz wtedy, gdy każdy z nich był okupiony bólem, było to rozsądne posunięcie. Wiven spojrzała w głąb grodu, orientowała się ni mniej ni więcej w którym miejscu się znajduje. Przed nią biegła droga wyłożona niewielkimi polnymi kamieniami, ta dalej zakręcała wokół jednej z dwóch piętrowych chat, które widziała, wcześniej ze wzniesienia w sosnowym lesie. W sumie nie tylko te chaty widziała, Wiven miała okazję przyjrzeć się rozmieszczeniu zabudowy całego grodu. Po chwili do kobiety w niebieskiej sukience podszedł dość młody mężczyzna o mocno opalonej twarzy i mysich włosach, niezbyt pokaźnej postawy, ale do słabiaków też zaliczyć go nie można było. Zamienił z nią dwa słowa i odwrócił się do obcej sobie zielonookiej dziewczyny.
- Kim jesteś – zapytał ją spokojnym głosem, jednocześnie zmierzając w jej kierunku.
- Wiven. Zgubiłam się i trafiłam do was, pochodzę z Nitr…ahhh – kij na którym wspierała się dziewczyna przesunął się po gładkim półokrągły kamieniu, choć wcześniej znajdował na nim oparcie. Wiven z impetem poleciała prosto na kamienną drogę. Mężczyzna doskoczył do niej i już rozłożył ręce by ją podnieść, lecz zwątpił.
- Twoja noga… jak mogę… żeby cię nie urazić – pośpiesznie zapytał.
- Poczekaj, co to za miejsce?
Ten jednak nie miał zamiaru jej odpowiadać, był zestresowany całą sytuacją, jednak chciał sprawiać wrażenie pewnego siebie wziął Wiven na ręce.
- Mówisz, że pochodzisz z Nitry – Bogdan podrzucił nią lekko, aby poprawić chwyt – słyszeliśmy co się stało. Spokojnie, zaraz zabiorę cię do Mirona. To uczony, pomoże ci.
Czyli moja rodzina mnie poszukuje i wieść doszła także i tu, czyli to nie może być daleko – pomyślała Wiven. Przeszli koło jednego z gospodarstw odgrodzonego od drogi niewielkim drewnianym płotem, za nimi cały czas podążała kobieta z niemowlęciem na rękach. W grodzie Wiven nie zauważyła zbyt wielu ludzi, być może mają swoje zajęcia poza grodem, lub siedzą w domach. Część na pewno widziała
wcześniej jak szli w kierunku wyrąbiska.
- Dasz radę stanąć, drzwi są wąskie i nie przecisnę się z tobą na rękach.
-Tak, spokojnie.
Drzwi rzeczywiście były małe. Wiven, aby przejść przez nie musiała się schylić, do tego strasznie wąskie, ona sama nie miała problemu z przejściem, lecz Bogdan musiał przechodzić niemal bokiem. Zatrzymał się za nimi i powiedział coś do kobiety w niebieskiej sukience, lecz nie usłyszała co konkretnie. W środku panował półmrok. Przez niewielkie okna wpadało bardzo mało światła. Ściany domostwa tworzyły poziomo ułożone bale, połączone drewnianymi klinami, szczeliny między nimi wypełniał mech. Przy ścianie naprzeciw drzwiom stał całkiem pokaźnych rozmiarów stół, a po jego prawej stronie niezbyt starannie wykonana szafa z miedzianymi okuciami.
- Połóż się, Żywia już poszła po Mirona, ten pewnie zaraz przyjdzie i opatrzy twoją nogę.
Wiven spokojnie podeszła do usytuowanego po lewej stronie łóżka, cały czas podpierając się ręką o ścianę. Jednak nie położyła się na nim tak jak kazał mężczyzna, a tylko usiadła. Podparła się prawą ręką o skrzynię, która stała obok. Wiven dopiero teraz zauważyła, że po całej chacie porozrzucane są zabazgrane pergaminy, nie umiała czytać, więc ich zawartość pozostawała dla niej tajemnicą.
- Jak sobie chcesz – w jego głosie zdawało się odczuć drwinę.
Nie udało się jednak jej zauważyć.
- Bez przesady, nie jestem umierająca, co do nogi podróżuję z tą raną już dwa dni, także w tej chwili jest już lepiej niż gorzej.
Bogdan wyglądał na lekko speszonego, jakby szukał tematu do dalszej rozmowy.
- Jak trafiłaś tutaj do nas z Nitry – udało mu się w końcu wymyślić.
- Yhhh, to długa historia może później, wiesz od dawna nie miałam w ustach porządnego jedzenia… jeśli nie byłby to problem…
Dziewczyna spojrzała na pozwijane pergaminy, udając że jest nimi zainteresowana, chciała dać mu do zrozumienia, że ta rozmowa nie jest dla niej ważna. Może i wcześniej chciała z nim porozmawiać, teraz jednak bardziej ją interesowało czego może dowiedzieć się od nijakiego Mirona, wyglądało na to, że cieszył się dość dużym szacunkiem u miejscowych.
- Zaraz znajdę coś u siebie i ci przyniosę, poczekaj tu na Żywię, zaraz przyprowadzi uczonego.

***

-AŁŁAAA – Wiven zawyła.
-Poczekaj, żeś niecierpliwa. Inaczej tego opatrunku ci nie zdejmę. Gdyby był zrobiony jak należy nie bolałoby tak bardzo.
Wiven zignorowała tą dokuczliwą uwagę, bardziej się dla niej liczył fakt, że w końcu ktoś fachowo zajmie się jej raną. Niski, chudy człowieczek o siwych włosach zacmokał nad jej kolanem.
- Nie ma tragedii, choć ktoś powinien był ci to wcześniej zszyć.
- Wiesz jakoś jak byłam sama w dziczy to zwierzyna płowa niezbyt się rwała do tego zadania – odgryzła się Wiven.
- Wsiury, nie dość że człowiek próbuje pomóc to jeszcze im chamskie odzywki na język się niosą miast podziękować. – zbulwersował się uczony, lecz kontynuował swoje zadanie.
- Co to za wieś – teraz już bardziej pokornym głosem spytała mędrca.
- To nikt ci tego jeszcze nie powiedział – zadziwił się starzec – myślę, że jako karę mogę pozostawić cię w nieświadomości co do nazwy tego miejsca, a teraz wybacz mam tu swoje sprawy – powiedział kierując się w stronę drzwi.
- A co ze mną?
- Powiem starszemu wsi, że tu jesteś, on zadecyduje co z tobą, bo u mnie zostać nie możesz – po tych słowach wyszedł łagodnie zamykając za sobą drzwi. Wiven zainteresowana opatrunkiem wykonanym przez starca zaczęła go oglądać, w jej ocenie nie różnił się zbytnio niczym od tego, który wykonała sama dwa dni wcześniej, no może ten był wykonany z lepiej przygotowanego materiału.
Wstała z łóżka sprawdzić jak się sprawuje nowy opatrunek w czasie chodzenia, czy nad zbyt nie krępuje ruchów. Przeszła kilka kroków po chacie. Okazało się, że starzec wykonał całkiem solidny kawał roboty. Zgłodniała trochę, mężczyzna który miał jej przynieść jedzenie chyba zapomniał o tym. Przypomniała sobie o swoim kiju, który pozostał przy bramie.

Na zewnątrz zaczynało zmierzchać. Wiven chciała przejść się po wiosce, obejrzeć miejsce w którym przyszło jej znaleźć i o ile pozwoli na to starszy wioski – zostać na jakiś czas. Ciężko był jej iść bez podparcia, wyznaczyła sobie na pierwszy cel wrócić do bramy i zabrać z tego miejsca swojego ostatniego oddanego przyjaciela podróży. Cóż jeśli wszystko pójdzie gładko, to  może w przeciągu dwóch tygodni wrócę do Nitry. Najważniejsze, żeby noga się zagoiła, jak pozwolą mi tu zostać do tego czasu, to po wyjeździe na pewno wrócę z bratem i z zapłatą za pomoc – planowała dziewczyna. Zatrzymała się , pozwalając kilku kurą przebiec przed nią. W tym momencie przykuł jej uwagę jakiś ruch. Spojrzała w prawą stronę, tuż przy ostrokole przy ramie do garbowania skóry kłopotał się jakiś człowiek.
- Jak praca, masz trochę czasu?
Teraz gdy podeszła bliżej, miała okazje lepiej przyjrzeć się człowiekowi z którym zaczęła konwersację. Wysoki, dobrze zbudowany młodzieniec z wygolonymi nad skroniami i dalej na półokrągło nad i za uszami włosami w kolorze mokrej słomy, spiętymi w kitę na karku. Jego twarz rysowała się dość twardo, choć trochę łagodniejszego charakteru nadawały jej niebieskie oczy. Wiven od razu też zauważyła szeroką bliznę na jego ręce biegnąca od samego nadgarstka przez całe przedramię kończąc się kawałek za łokciem.
- Szłoby sprawniej, gdybyś nie…- odwrócił się w stronę dochodzącego go głosu dopiero teraz zobaczył nieznajomą sobie dziewczynę, zrezygnował z docinki, którą miał przygotowaną dla osób przerywających mu pracę właśnie w ten sposób. Nie chciał wyjść na gbura, przy dziewczynie, która w pewien sposób go urzekła. Wpadł w zakłopotanie jak wybrnąć ze słów, które już padły
- Gdybyś nie… - zająknął się myśląc co dalej – …mogła mi – rozejrzał się po przygotowanych wcześniej narzędziach, w końcu łapiąc za brzozowy kubełek i niemal wciskając go dziewczynie w ręce z zadowoleniem dokończył – potrzymać mi tego oleju.
- Wiesz z chęcią, ale… - uniosła nogawkę odsłaniając nowy opatrunek – trochę mi to dokucza, wolałabym na chwilę gdzieś usiąść i porozmawiać, ale widzę masz tu natłok roboty więc, chyba nie będę przeszkadzać.
- Ależ siadaj, chłopak wręcz gorączkowo przełożył na ziemię wcześniej przygotowane przedmioty potrzebne mu do wygarbowania skóry, zawieszonej w ramie.
Wiven usiadła na teraz już pustej ławce przypartej do ściany ostrokołu. Coś podpowiadało jej, żeby nie zaczynać rozmowy wprost od trapiącej ją kwestii, ale znacznie „pogawędkę” przedłużyć, przy okazji zabijając czas przed przyjściem starszego tej wsi. Pomysłu na nią jej nie brakowało, więc beztrosko rozpoczęła.
-  Z jakiej zwierzyny skórę wyprawiasz? – spytała młodzieńca.
Oczywiście sama dobrze wiedziała, z jakiego zwierza pochodzi skóra. W końcu mając w rodzinie myśliwego, wręcz wyzwaniem stawało się nie wiedzieć jak wygląda chociaż z opowiadań i opisów jeleń. Skóra z tego osobnika była duża, znaczy że ktoś upolował naprawdę pokaźną zwierzynę.
- To… - spojrzał na ramę – …z jelenia, Bogusza mi przyniósł, trochę z tym roboty będzie, ale da się radę. Z kim tu przyjechałaś?
- Sama tu jestem – zobaczyła, po wyrazie jego twarzy, że ta odpowiedź go nie satysfakcjonuje i szybko dodała – zgubiłam się, blisko tygodnia, a przynajmniej tak mi się wydaje błąkałam się po pobliskich puszczach, aż w końcu trafiłam tutaj. Już w grodzie niejaki Miron opatrzył mi nogę – Znów z jego twarzy udało jej się wyczytać chęć zadania kolejnego pytania, więc znów dodała – z Nitry.
- Z Nitry… w takim razie słysz…
- Wivenka – krzyknął ktoś z za rozciągniętej jeleniej skóry.
Dziewczyna zerwała zapominając o ranie na kolanie i odwróciła się w stronę dochodzącego ją głosu. Jednak ból, który ją przeszył w nodze spowodował, że usiadła jeszcze szybciej niż wstała. Złapała rękoma za bolące miejsce, ale nawet ten ból nie mógł spowodować, by choć na chwilę przestała myśleć o głosie, który właśnie usłyszała. Jego właściciel podbiegł do dziewczyny przewracając wiadro z wodą stojące na jego drodze.
- Pokaż mi dziecko tą nogę – powiedział klękając przy niej.
- Stryju – Wiven rzuciła się mężczyźnie na szyję mocno go ściskając.
Młodzieniec ze zmieszaniem przyglądał się całemu zajściu, dopiero po chwili zrozumiał całą sytuację.

***

- Proszę – powiedziała do niej Dalmiła stawiając przed nią miskę wypełnioną gryczaną kaszą.
- Także Wiven powiedz nam co dokładnie wydarzyło się w Nitrze w dniu w którym no wiesz… -  zapytał ją Wilczmir siadając naprzeciwko niej przy stole.
Był to naprawdę wielki chłop, potężnie zbudowany lecz miał on już swoje lata.
- Zapomniałam… nie pamiętam tego dnia, jakby on nigdy nie istniał – spojrzała na twarz swojego stryja – możesz mi wierzyć, bądź nie, ale nie jestem w stanie sobie go przypomnieć – zaczęła nerwowo się przed nim tłumaczyć.
- Ehhh… wierzę ci, a teraz spokojnie opowiadaj od najwcześniejszego momentu, który jesteś w stanie sobie przypomnieć.

Na zewnątrz było już kompletnie ciemno, a tylko w pojedynczych chatach połyskiwało światło. Lecz niewielu wiedziało, że właśnie w jednej z nich, młoda Wiven opowiada swoją historię starszemu tego grodu. Jeszcze mniej znało tą historię, a przeżyła ją tylko ona, lecz wielu wiedziało to czego ona nie pamiętała to co musiało  pozostać dla niej tajemnicą przez jeszcze pewien czas.

- A właśnie moja torba została chyba u tego waszego Mirona, swoją drogą straszny z niego gbur.
- Prawda przysłał nam go wojewoda, w sumie można rzec, że sam po niego posłałem, ale jeśli cię to interesuje, to porozmawiamy o tym jutro, bo to dłuższa historia. A co do twojej torby, to staruszek przyniósł mi ją sam zaraz po tym jak żeśmy tu przyszli.
- Stryju, nie chcę ci się specjalnie narzucać. Gdy tylko moja noga mi się zagoi jak najszybciej wrócę do Nitry
- Oczywiście dziecko, oczywiście – skłamał – No dobra, pojedli, popili to teraz do łóżek pora, bo jutro robota jest! Oczywiście ty Wiven poczywaj rano ile ci trzeba – po tych słowach wstał i udał się do pokoju na górze.
- Chodź Wiven udało mi się na szybkiego przygotować dla ciebie pokoik, nie wiedziałam, że do nas trafisz, gdybym…
- Dziękuję – przerwała Dalmili – doceniam, co dla mnie robicie, a swoją drogą, nie miałyśmy okazji wcześniej się poznać – Moi rodzice i starszy brat byli na waszej swaćbie, a ja z siostrą zostałyśmy w Nitrze, także miło, że mam w końcu okazję – Wiven uśmiechnęła się.

Wiven rozglądała się po swoim pokoiku. Wydawał jej się całkiem przytulnym miejscem, nie był zbyt wielki, ale jako tymczasowe lokum wydawał się wystarczyć. Miała tu swoje własne łóżko z miękką pierzyną wypchaną gęsim pierzem. Tuż przy wejściu stał solidnie wykonany, pięknie zdobiony kredens, a na przeciw niemu drewniana, mała tak aby pasowała do pokoiku meblościanka. Od ostatnich kilku dni w końcu kładła się najedzona, porządnie umyta i w miękkim łóżku. W głowie krążył jej mętlik myśli, całym dzisiejszym dniem była tak podekscytowana, że nie chciała spać.

***

W pomieszczeniu było już całkowicie jasno, choć światło dochodziło tu jedynie jednym małym oknem. Wiven przetarła oczy, rozejrzała się po pokoju. Wciąż nie do końca rozbudzona zaczęła wpatrywać się w zdobienia kredensu, jeszcze przez chwilę nie mogła zmusić się do wyjścia z miękkiej pościeli. Ciągle była w tej samej lnianej bluzce, którą rozdarła by zatamować krwotok. Może Dalmiła – będzie miała coś co by na mnie pasowało – pomyślała, lecz szybko stwierdziła, że to raczej mało prawdopodobne, Wiven była od niej sporo chudsza. Odruchowo zaczęła rozglądać się za swoim kijem, żeby się podeprzeć i wstać, ale przypomniała sobie, że ten nadal leży pod bramą. Podparła się o komodę i wstała wyszła ze swojego pokoiku do głównej sali domostwa, gdzie jeszcze wczoraj miała przyjemność zjedzenia pierwszego od wielu dni porządnego posiłku. Przeszła obok kilku wspierających strop belek, na których ktoś najwyraźniej kiedyś próbował coś wyrzeźbić, lecz jak widać ze słabym efektem. Wydało jej się, ze w chacie nikogo nie ma, chyba że na piętrze, lecz nie miała zamiaru tego sprawdzać. Chciała wyjść na dwór poobserwować trochę życie w grodzie. Przypomnieć sobie jak to jest… między ludźmi, gdy w każdej chwili ktoś może cię zaczepić, o coś spytać, nie tak jak przez ostatnie kilka dni. Na niebie nie było widać ani jednej chmury, ogólnie zapowiadał się ciepły i przyjemny dzień. Dziewczyna kuśtykając przeszła od domu do chlewika, obok którego znajdowało się wyjście z zagrody jej stryja.
- Wiven, czekaj! – dobiegł ją głos Dalmili.
Odwróciła się w stronę swojej stryjenki, która jeszcze przed chwilą rozwieszała pranie na lnianych sznurach zawieszonych między ścianą chaty, a kurnikiem.
- Ja… nikogo nie było w domu chciałam wyjść na zewnątrz, trochę się rozejrzeć.
- A źle ci w łóżku było, widzę nie wdałaś się w Wilczmira, ten jakby mógł to i do południa w wyrze by leżał, no ale ni może – zaśmiała się.
- A co teraz jest – sarkastycznie zapytała Dalmiłe, uśmiechając się z wyższością.
- Dobra, wygrałaś – przerzuciła koszulę męża przez sznur – w sumie pewnie nie ma sensu zatrzymywać cię, po twojej minie widać, że i tak pójdziesz szukać stryja.
- Jakbyś zgadła – powiedziała wdzięcznie, była zadowolona że udało się uniknąć dłuższej rozmowy o tym.
- Bądź co bądź, poszedł z Mironem doglądać budowy ostrokołu, ja tu mam trochę pracy, ale jeśli kogoś w grodzie zapytasz, to na pewno wskażą ci drogę.
Wiven ukłoniła się kobiecie i kuśtykając udała się w stronę bramy po swoją zgubę, mogła uczciwie przed sobą powiedzieć, że przywiązała się do tego kija i dopóki jej noga się nie zagoi, bądź ten sam nie ulegnie destrukcji innego nie chce.

Nie musiała nikogo pytać o drogę, sama trafiła na miejsce, w sumie ciężko było nie zauważyć takiego zbiorowiska, było tu w sumie ze dwadzieścia chłopa. Wiven szła w ich kierunku próbując wypatrzeć Wilczmira. Tuż przy niej leżały hałdy okorowanych bali, jak się domyśliła na budowę ostrokołu, tylko po co budować drugi pierścień – zaczęła się zamyślać. Nagle poczuła mocne szarpnięcie za ramię, odwróciła się w tę stronę. Szarpiącym okazał się słomianowłosy młodzieniec, z którym wczoraj miała przyjemność rozmawiać.
- Jak się czujesz – nieśmiało zapytał.
Wiven zmierzyła go wzrokiem, upewniając się czy to na pewno ten sam chłopak. Wczoraj była dość zmęczona, więc można był zrozumieć jej zachowanie, lecz ten wydawał się o tym nie wiedzieć.
- Obraziłaś się na mnie – brnął dalej, by przykuć jej uwagę.
- Nie wybacz, szukałam tu starszego.
- Dla kogo starszy dla tego starszy, a dla ciebie chyba krewniak – wesoło odpowiedział – o wczorajszym zajściu cała wieś huczy.
- Gród – poprawiła go Wiven
- Co?
- Gród, wieś to to była przed budową pierwszej palisady, a jak widzę tu już druga się szykuje.
- Do grodu to tu jeszcze brakuje, a swoją drogą kto powiedział ci, że budujemy kolejną?
- A Dalmiła…
- Ech ta moja żona – przerwał jej głos stryja – widzisz Wivenka, nie budujemy drugiego ostrokołu, lecz wzmacniamy ten pierwszy – przerwał na chwilę spoglądając na kij, którym się dziewczyna podpierała – rozkazy od wojewody, nie wiem dlaczego tak rozkazał, po prostu przyjechał tu z Mironem i kilkoma wojownikami ostatniej jesieni i nakazał budowę umocnień, w zamian wieś na 10 zim z daniny obiecał zwolnić. Zupełnie jakby jemu to miało służyć.
- Wybacz sołtysie, że się wtrącę – zaczął młodzieniec, ale to może ma związek z…
- Nie powinieneś pomagać przy glinie? – przerwał mu Wilczmir – No już do pracy, później jeszcze porozmawiamy.
- Nie myślałeś stryju, że może wojna się szykuje – z zaciekawieniem spytała Wiven.
- Wojna tu a z kim, a nawet jeśli to nie w centrum Lechii.
- Nie chcę przekombinować, ale przecież są kaganaty wschodnie, albo Helleni na południu, a kto wie, może nasi władykowie posprzeczali się ze Skandynawami – zaczęła z zafascynowaniem wymieniać.
- Gdyby coś takiego miało nastąpić, to wojna już by trwałą, w końcu od jesieni trzeci kwartał już mija – Wilczmir zaczął się zastanawiać – nawet jakby wojna wybuchła wątpię aby jakakolwiek bitwa rozegrała się tutaj, ale dość już tej polityki.
- Co cię tu przywiało, powinnaś poczywać w chacie.
- Widzisz stryju, w sumie to chciałam się tu rozejrzeć, w końcu przyjdzie mi w tym miejscu pozostać na pewien czas, przy okazji mam do ciebie prośbę.
- Mów, o co chodzi mała?
- Konkretnie, to o ubrania, moje są w tragicznym stanie, może prócz butów.
Mężczyzna z impetem uderzył dłońmi próbując zabić przelatującego komara.
- Wiedziałem, że wczoraj o czymś zapomniałem, gdy przyszliśmy – przerwał na chwilę, jednak po zastanowieniu dodał – a ubrania Dalmili nie pasują na ciebie?
- Niestety.
Wilczmir zaczął się dokładnie przyglądać dziewczynie, zastanawiając się, która z miejscowych kobiet, bądź młódek miałaby posturę podobną do niej. Uśmiechnął się.
- Hej Lasota – krzyknął do jednego z pracujących mężczyzn, niewysokiego, o dość krępej budowie.
- Ta jest panie sołtys – zakrzyknął jednocześnie ochoczo podbiegając do wołającego.
- No! Słuchajcie, chcecie dzisiaj wolne mieć i zarobić przy okazji?
- A kto by nie chciał dobrodzieju – zaczął się przymilać wyczuwając okazję.
- Jak myślicie córka twoja posturą podobna do niej? – wskazał mu skinieniem głowy na Wiven.
- Panie sołtys jak dwie krople miodu z jednej beczułki, ale ta ładniejsza – nadal słodził.
- Dobra, dobra, bo już mnie rzyć boli jak próbujecie mi bez mydła wejść do niej, dobrze zapłacę ci za ubrania dla niej, co ty na to?
- Na pewno coś się znajdzie.

Córka Lasoty na początku nie chciała pozbywać się żadnego ze swoich ubrań, dopiero po zapewnieniach ojca, że odkupi jej ich z nawiązką, zgodziła się wyłożyć kilka z nich. Rozłożyła na łóżku blisko poł tuzina sukni, kilka damskich koszul zdobionych koronkami, a i nawet znalazły się dwie pary spodni, które wśród kobiet nie cieszyły się zbytnią popularnością. Mimo to Wiven nie wyobrażała sobie chodzić w niczym innym. Na koniec z jednej ze stojących w koncie pokoju szafek wyciągnęła dwie pary skórzanych kozaków na obcasie.
Wiven z góry odrzuciła wyłożone suknie, jednocześnie wskazując na skórzane spodnie i zaczęła się zastanawiać nad koszulami. Nie lubiła zbędnych zdobień, ale wszystkie były udekorowane białą koronką. Usiadła, chciała się jeszcze chwilę zastanowić się nad wyborem, spojrzała na Lasotę na jego twarzy malował się szeroki uśmiech, pewnie stryjek miał mu rzeczywiście dobrze zapłacić za ubrania. Natomiast jego córka wydawała się myśleć dokładnie odwrotnie wystarczył jeden rzut oka, by to stwierdzić. Wstała zakreśliła okrąg przechadzając się po pomieszczeniu. W końcu zdecydowała się na trzy koszule, które wydawały się jej najuboższe w koronkę.
- Pomożesz mi to zabrać – zwróciła się do Lasoty.
- Oczywiście, panienka się nie martwi, zaraz wszystko zaniosę do domu sołtysa.
Dziewczyna już kierowała się w stronę drzwi, gdy tuż przed nimi zatrzymała się.
- I jeszcze te kozaki.
- Które – z uśmiechem ją dopytał.
Po tych słowach córka gospodarza dosłownie zbladła, jakby jej właśnie ktoś wieszczył śmierć i to w najgorszy możliwy sposób, wytrzeszczyła oczy wpatrując się w Wiven i czekając na to co zrobi, lecz ta wydawała się tego nie zauważyć.
- Te z wyższą cholewką, wyglądają całkiem zgrabnie – wskazała na zamszowe buty.
W tym momencie twarz młódki z blado białej natychmiastowo zmieniła się na czerwoną. Z głośnym tupnięciem obróciła się na pięcie i odeszła w głąb chaty udając, że już teraz nic ją nie interesuje. Lasota wcale nie był zdziwiony jej zachowaniem, Wiven od razu domyśliła się, że to raczej normalne zachowanie jego córki. Lekko się uśmiechnęła i wyszła z chaty.

Nie chciała jeszcze wracać do domu stryja. Po wyjściu przez solidne dębowe drzwi skierowała się od razu w prawo idąc wzdłuż ogrodzenia gospodarstwa, w którym przed chwilą miała okazję gościć. W powietrzu wyczuwała woń świńskich odchodów zmieszanych z intensywnym zapachem bielunia, ogólnie nie była do zbyt przyjemna mieszanka dla jej nosa. Teraz za jedną z zagród skręciła w prawo, za ścianą, którą właśnie minęła wyłonił się dość pokaźnych rozmiarów wysypany piaskiem plac z posągiem na środku. Wiven podeszła bliżej w jej rodzimym grodzie stał posąg Swarożyca. Tutejszy wydawał jej się inny, poświęcony innemu bogu. Tuż przy nim klęczała kobieta. Podeszła bliżej nie ze względu na nią lecz przez ciekawość któremu z bogów poświęcona została osada jej stryja. Zaczęła się bacznie przyglądać.
Na samej górze znajdował się wyrzeźbiony co poniekąd w drewnie, co stanowiło nadzwyczajny paradoks korzenie drzewa, pod nimi niezbyt starannie wydłubana została twarz starca z dorodnym wąsem i raczej krótką brodą, więcej nikt nic nie musiał jej podpowiadać. Oczywistym się stało, że jest to Weles, Pan Nawii, przysięgi i bogactwa. Pod jego brodą widnieli ludzie, którzy w zamyśleniu twórcy posągu zapewne mieli wyglądać na ubranych w bogate stroje i podających sobie ręce, co zapewne miało symbolizować umowę między nimi złożoną w cieniu Welesa. Wiven uznała tą symbolikę za mocno naciągniętą, lecz do przyjęcia. Pod ich stopami znów widniały korzenie drzew tym razem w formie płaskorzeźby, A na samym dole okrągłego posągu pofalowane sylwetki ludzkie te pewnie miały być duchami zmarłych w Nawii.
- Kręci się, nie oddaje czci – krzyknęła starowinka, która stała przy rzeźbie.
- Tak, a co ja niby zrobiłam?
- Bez ofiary bez niczego – kontynuowała ledwo łapiąc oddech.
Wiven chciała zignorować i odejść z tego miejsca przecież nie miała tu nic do zrobienia. Odwróciła się, lecz kobieta złapała ją za ramie, jej dotyk był lodowato zimny. Dziewczyna próbowała się wyszarpnąć, lecz uścisk był zbyt mocny.
- Puść! – krzyknęła do niej ponawiając próbę.
Teraz dopiero spojrzała jej prosto w twarz. Nie była to twarz ludzka. Oczy były całkowicie białe, pozbawione tęczówek jak i źrenic, na całej twarzy przez cienką warstwę skóry przebijały się dokładne rysy mięśni i ścięgien w niektórych miejscach odwzorowywały się także kontury czaszki. Włosy pojedyncze szare, a ręka która ją ściskała pozbawiona w niektórych miejscach skóry. Dlaczego wcześniej nie zauważyła tego? Może dlatego, że zupełnie zignorowała ją na rzecz posągu. Do tego dosyć szczelnie była okryta ubraniami, fakt iż mocno zniszczonymi, ale to nie było przecież cechą specjalnie wyróżniającą. Wiven czuła jak zimno z ramienia przechodziło dalej na bark i sięgało szyi. Z sinych ust upiorzycy wydał się syk.
- Ta co po dwakroć śmierci uciekła, teraz ranna do Welesa przybiegła. Kat myśli, że zginęła, a ona tutaj czmychnęła. Gdy się dowie dziki myśliwy, spotka ją los burzliwy. Za zbrodnie w rodzie popełnioną, na zawsze zostanie potępioną. Jedyny nadziei dla przeklętej błysk, to spojrzenie władcy Nawii oczysk – po tych słowach znów zaczęła syczeć.
Dziewczyna nie mogła wyrwać się z lodowatego uścisku, nie miała nawet już władzy nad swoją ręką. Lodowata fala brnęła dalej przez szczękę ku czołu. Syk przeszywał jej uszy, w oczach zaczęło jej się robić coraz ciemniej aż w końcu wszystko stało się czarne, czuła jak leci na plecy, jak upada na ubity piach. Jeszcze chwilę słychać było syk, aż umilkł leżała tak jeszcze przez moment, aż w końcu wszystko dookoła umilkło.

***

- Jak już wydobrzeje, to jak długo masz zamiar trzymać przed nią wszystko w tajemnicy – wrzasnęła Dalmiła
- Nie wiem, nie wiem – Brodaty mężczyzna złapał się za głowę wlepiając wzrok w podłogę – jak długo będzie trzeba dopóki…
- Dopóki co? Nie odbudują Nitry i nie wskrzeszą jej mieszkańców? Jej rodziny – przerwała mu.
- Daj mi czas, potrzebuję czasu teraz nie wiem sam co dalej z jednej strony ona, a z drugiej rozkazy od wojewody.
Mężczyzna zatoczył krąg przechodząc się po izdebce, przy okazji zaglądając do pokoju czarnowłosej dziewczyny. Miał nadzieję że się już obudziła i wszystko już dobrze, lecz ta nadal spała.
- A nie pomyślałeś, że to się wszystko łączy to co stało się tam i… - spojrzała na dokumenty na stole – te umocnienia, czy nie połączyłeś tego jakoś ze sobą.
- Nie, to dwie różne sprawy – skłamał, zupełnie nie dając tego po sobie poznać – przecież zaczęliśmy budowę dużo wcześniej przed tym co stało się w Nitrze.
- Kochanie…
- Hmm?
- Może i masz rację poczekajmy jeszcze z tym, niech dziewczyna dojedzie do siebie.

***

Wiven obudziła się, czuła dziwne pulsowanie w skroni. W jej pokoju było jasno, znaczy jest dzień, ale… chwila – zaczęła się zastanawiać – co się stało, jak tu trafiła. I ta kobieta… nie, nie kobieta upiór. Podniosła się i usiadła na skraju łóżka. W oczy rzuciły jej się ubrania, które wczoraj… chyba wczoraj tak jej się wydawało wybrała sobie u Lasoty. Musiała pozbierać myśli co się wczoraj stało pod rzeźbą Welesa. Wstała zrobiła kilka kroków dopiero po chwili zorientowała się, że ból w kolanie ustał. Rozwinęła opatrunek rana wyglądała dużo lepiej niż się spodziewała, właściwie prócz opuchlizny nie było większych śladów po zranieniu, no może prócz ciemno różowej otoczki okalającej opuchliznę. Wyszła z pokoiku podpierając się swoim kijem, teraz już chyba tylko z przyzwyczajenia, bo noga wcale nie bolała. Przypomniała sobie o uścisku jakim uraczył ją upiór, zdjęła bluzkę, by przyjrzeć się ramieniu, lecz to wyglądało na nietknięte. Ubrała się w nową koszule i spodnie.
- Proszę, proszę wstała już dzieweczka – usłyszała irytujący głos znielubionego uczonego, z którym już wcześniej miała okazje się zapoznać.
Wiven zignorowała tą uwagę.
- Gdzie mój stryj?
- Na górze właśnie uciąłem sobie z nim małą pogawędkę, choć nie powiem żebym był z niej zadowolony. Swoją drogą chciałbym i z tobą zamienić kilka słów.
- Ale ja bym nie chciała - odburknęła mu Wiven, miała zamiar spytać go jeszcze o co poszło między nim a Wilczmirem, ale stwierdziła że dowie się tego od stryjka.
- Obawiam się, że możesz nie mieć wyboru – odpowiedział jej z wyczuwalną wyższością i zniknął z futryny drzwi udając się dalej do wyjścia.

- No i zepsuł i mi humor - powiedziała sama do siebie.
 Założyła swoje buty, służyły jej już od dawna więc, wytrzymają jeszcze trochę, a te które wzięła od Lasotowej córki stały przy łóżku. Wyszła ze swojego pokoju i minęła długi stół, przy którym cztery dni temu miała okazję poznać stryjenkę oczywiście o ile buc Miron mówił prawdę i rzeczywiście była nieprzytomna trzy dni. Weszła po schodach na górę, jeszcze nie miała okazji tu gościć. Na pięterku były trzy pary drzwi podeszła do najbliższych, które akurat były uchylone. Pewnie Miron wyszedł w takim tempie, że nie raczył ich zamknąć. Jej stryj siedział przy stole w niewielkim pomieszczeniu, jeszcze mniejszym niż jej pokój. Chrząknęła chcąc dać stryjowi do zrozumienia, że właśnie przyszła.
- Wivenka – ucieszył się na jej widok – w końcu się obudziłaś, jak się czujesz?
- Dużo lepiej niż przed tym całym wydarzeniem.
- Wydarzeniem – powiedział przeciągając sylaby – czyli jednak… a co dokładnie się wydarzyło – spytał, chodź z tonu jego głosu dało się odczytać, że o wszystkim wie, bądź szczegółowo domyśla się tego.

Wiven dokładnie opowiedziała całą historię stryjowi, nie pomijając nawet najdrobniejszych szczegółów. O dziwo całkiem dobrze zapamiętałą słowa upiorzycy.
- To się wcześniej zdarzało? – spytała.
- Nie do końca – podparł się o blat stołu – do tej pory myśleliśmy, ze to zwykłe widziadło, po raz pierwszy nie zniknęło, gdy ktoś się do niego zbliżył. Mało tego efekty spotkania z nim sama odczułaś najlepiej.
- A o co chodziło z tą klątwą?
- Pierwsze o niej usłyszałem właśnie od ciebie, ale spokojnie wysłałem gońców do Tranawy, aby sprowadzili żerców, niech przyjadą i zbadają całą sprawę.
- Poczekamy, zobaczymy, w międzyczasie stryju – zrobiła krótką pauzę chcąc podnieść wagę kolejnego pytania – co się dzieje w Nitrze.
Sołtys lekko pobladł, nie spodziewał się tego pytania, które było dla niego nadto niewygodne, lecz dziewczyna zdawała się tego nie zauważyć.
- W Nitrze – podrapał się pogłowie – wszystko w porządku, już wiedzą o twoim pobycie tutaj, ale nie mogą po ciebie przyjechać, podobno – zaczął się zastanawiać nad powodem – mają jakieś ważne zajęcie.
- A cóż jest takiego ważnego.
- Nie wiem Wiven, naprawdę nie wnikałem w to – zobaczył, że dziewczyna chciała mu przerwać, więc dodał pośpiesznie – może chcesz rozprostować nogi, na zewnątrz, ja mam tu jeszcze sporo ważnej pracy.
Niezbyt ją zadowalała odpowiedź stryja, ale nie chciała naciskać, zresztą byłą pewna, że niedługo wróci do Nitry.

***

Wiven przechadzała się po grodzie oglądając miejsca, w których jeszcze nie miała okazji oglądać. Ruch był dzisiaj duży, przynajmniej tak sądziła, bo odkąd tu jest spotykała tylko pojedynczych mieszkańców. Teraz jednak mężczyźni mieli wolne tak od wycinki jak i od budowy umocnień. Z dala zobaczyła krzątającego się przy pracy znajomego już sobie garbarza. Swoją drogą zdążyła już go polubić, lecz nie była w tej chwili w nastroju do rozmowy, dlatego nie zaczepiła chłopaka. Spacerując dalej była świadkiem dyskusji dwóch młodych dziewczyn, ale jak udało jej się wywnioskować z ich rozmowy matek i żon. Te zapalczywie spierały się czy prać lepiej jest w rzece, czy raczej w balii. Teraz będąc między ludźmi poczuła swego rodzaju sentyment, który zdawała się tylko ona rozumieć do klimatu marszu przez leśne głusze. Ale przecież nic nie stawało jej na przeszkodzie.

***

Przeszła przez drewniany most, którym kilka dni wcześniej kuśtykała do Osiedlic. Powietrze było dość rześkie i zapowiadało się na deszcz. Droga, po której szła prowadziła najprawdopodobniej do Nitry, ale nie widziało jej się teraz iść ponad dwadzieścia staj. Noga już nie bolała przy chodzeniu, lecz nadal odczuwała w niej pewien dyskomfort, dlatego w dalszym ciągu podpierała się swoim kijem. Wiven nadal rozmyślała nad słowami upiorzycy, liczyła się też z tym, że mogły nie dotyczyć wcale jej. Jedyną rzeczą, która byłaby prawdziwa to fakt, iż przyszła pod rzeźbę Welesa, ale to też tylko z ciekawości. Pojedyncze krople deszczu smagały dziewczynę po twarzy, lecz ta wydawała sobie z tego nic nie robić. Była mowa jeszcze o ucieczce przed śmiercią i to nawet dwukrotnej, ale w mojej wędrówce, tylko raz zdarzyła się na tyle niebezpieczna sytuacja, że mogłam zginąć – nadal rozmyślała.
A drugi? Mniejsza z tym nawet jeśli znalazłby się drugi to co za kat miałby mnie ścigać, prócz samej upiorzycy jeszcze jakoś nikt nie próbował mnie zabić. Deszcz rozpadał się już na dobre, więc Wiven postanowiła zejść z drogi i skryć się pod koronami drzew. Nie podobała jej się perspektywa chodzenia później w przemoczonych ubraniach, dlatego po krótkim rozpoznaniu czy w okolicy aby na pewno nikogo nie ma, zdjęła jeszcze suchą odzież upychając ją do swojej torby. Została całkiem naga jedynie w butach, które wody i tak nie przepuszczały. Siadła pod pniem jednego z większych drzew. Nie pozostało jej nic innego jak przeczekać ciągle nasilający się deszcz.

Dziewczyna wyciągnęła z torby swoje ubrania były całkowicie suche. Miała w planach przejść się jeszcze kawałek szlakiem między Osiedlicami a Nitrą, a później wrócić do domu stryja i się kurować, by jak najszybciej wrócić do domu. Przechodząc dalej zauważyła rosnące na skraju drogi ziele o zielonej łodydze i charakterystycznych pierzastych liściach zwieńczoną u samej góry drobnymi białymi  kwiatami, kiedyś słyszała, że świetnie pomaga w leczeniu ran. Sama nie wiedziała dokładnie w jakiej formie ma być użyte, lecz w wiosce na pewno znajdzie się ktoś posiadający tą wiedzę. Zaczęła zrywać ziele. Nie wiedziała, na czym konkretnie ma się skupić, czy na kwiatach, zielu, a może liściach. Kto wie, może rany goił też i korzeń, dlatego Wiven wyrwała dwie sztuki wraz z nimi. Miały płytkie korzenie, więc nie stanowiło to wyzwania. Upychała je do torby, gdy poczuła uścisk dłoni na barku.
- Susz, bezpośrednio podany na ranę przyśpieszy jej krzepnięcie – Wiven odruchowo odwróciła się w stronę nieznajomego głosu – w twoim przypadku lepszy jednak będzie napar – spokojnie dokończył głos.
Jego właścicielem okazał się rosły mężczyzna o krótkiej brodzie i dorodnym wąsie. Wiven jeszcze przez chwilę miała wątpliwości co do zamiarów tego człowieka. Wyrwała się i odsunęła na kilka kroków w celu zdobycia dystansu, by ewentualnie mogła jakkolwiek zareagować. Teraz przyjrzała się mu dokładniej twarz miał szorstką, włosy nie długie przystrzyżone na skroniach. Gdyby nie broda i wąsy dałaby mu co najwyżej czterdzieści wiosen. Choć wpatrując się w jego oczy można było odczuć, że jest o wiele starszy.
- Powiedz mi tylko jedną rzecz jak to jest – zwrócił się do niej ze spokojem – jesteśmy prawie dwie staje od Osiedlic, dosłownie przed chwilą przestało padać, włosy masz mokre, co znaczy, że nie znalazłaś żadnego schronienia. Mimo to twoje ubrania są całkowicie suche?
Wiven od początku prześladowała myśl, że zna tą twarz, a nawet jeśli nie to chociaż widziała jej zarys, lub kontur i dopiero teraz jak grom trafiło ją z kim rozmawia. Weles – przeszło jej przez myśl. Spotkałam boga. Poczuła jak z podniecenia krew ucieka jej z palców rąk i uderza do głowy mimo tego nie chciała dać tego po sobie poznać. Weles uśmiechnął się jak gdyby wiedząc co się z nią dzieje.
- Jesteś bogiem, chyba powinieneś wiedzieć wszystko – Wiven próbowała rozmawiać z nim jak z kimś równym sobie.
- Jak mogę to wiedzieć skoro nie było mnie przy tobie podczas deszczu - odpowiedział jakby zupełnie niezaskoczony jej zachowaniem.
 Dziewczyna wyczuła okazję, też miała parę pytań do Welesa, zwłaszcza dotyczących wczorajszych wydarzeń.
- Dobrze, odpowiem na twoje pytanie, ale zdradzisz mi za to wszystko co wiesz – zaproponowała, myśląc jedynie o przepowiedni upiorzycy.
- Wszystko – powtórzył po niej zdziwiony – przecież twojego ludzkiego życia na chodź wysłuchanie tego nie starczy.
Znów wydało jej się, że ma szanse zdobyć o wiele więcej niż planowała.
- To w takim razie pójdę na ugodę i nauczysz mnie jak najwięcej to możliwe – brnęła dalej ujawniając swoje umiejętności negocjatorskie.
Weles był naprawdę ciekaw jak się stała, że młódka ma suche ubranie po mimo padającego wcześniej deszczu. Nie była to sprawa niewiadomej wagi, lecz jak widać naturalna ciekawość tyczyła się nie tylko ludzi.
- Dobrze, będę cię uczył – odparł.
Wiven była w tej chwili zaskoczona nie wiele mniej, gdy dotarło do niej, że rozmawia z bogiem. Nie spodziewała się, że taka oferta padnie. Lecz spotkała ją szansa, a takiej szansy się nie odrzuca, niezależnie od sytuacji.
- Więc jak się stało, że twoje ubranie jest suche?
- Ehhh – westchnęła, czuła się w tej chwili, jakby to ona zdominowała całą sytuację – gdy zaczęło padać rozebrałam się i schowałam ubrania do torby, jak przestało założyłam je z powrotem.
Weles z impetem uderzył się otwartą dłonią w czoło.
- Idziemy do grodu.
- Gdzie? – zdziwiła się.
- Chyba tu nie zostaniemy, a musimy omówić kilka rzeczy – spojrzał za siebie – zresztą twój stryj wysłał po żerców, ale dostanie coś lepszego.

***

czwartek, 23 lipca 2015

"Legenda o pierwszej wiedźmie" Część II

Powietrze było rześkie po wczorajszej burzy, już nie padało, lecz niebo nadal skrywały ciemne chmury. Rzędami stały połamane pnie drzew, nie przetrwały starcia z wichurą.
Dłoń Wiven zacisnęła się zgarniając przy okazji część leśnej ściółki. Dziewczyna była oszołomiona. Pamiętała wczorajsze wydarzenia jak przez mgłę, nadal była słaba po utracie krwi. Spojrzała na swoją nogę. Od cholewki buta, aż po sam opatrunek pokrywał ją wielki popękany skrzep krwi. Przeraziła się, oparła głowę o pęknięty pień drzewa. Próbowała oczyścić myśli. Nic z tego, te uderzały ją z każdej strony. Zaklęła – pomogło jej to na chwilę.
- Teraz spokojnie Wiven, spokojnie mała – szeptała by się uspokoić.
Udało jej się ogarnąć natłok myśli.
- Co teraz? Co teraz Wiven? Spokojnie po kolei – wzięła głęboki wdech.
O ile wcześniej była w tragicznej sytuacji to teraz było dużo gorzej. Aż brakowało jej słów na określenie swojej pozycji. Musiała teraz przemyśleć wszystko dokładnie, co dalej przecież nie mogła tu zostać. Teraz dopiero zauważyła... gdy spała padało, a więc sen choć częściowo się spełnił. Może to i dobrze deszcz oczyścił jej obdarty bok, który ucierpiał podczas całego wypadku.

Wiven spróbowała wstać łapiąc palcami za szczelinę w pękniętym pniu podciągnęła się trzymając cały czas drzewa. Była w stanie utrzymać się na zdrowej nodze, lecz nie mogła iść bez pomocy drugiej. Musiała znaleźć cokolwiek co mogłoby jej posłużyć za prowizoryczne podparcie. Czekało ją jeszcze zejście ze wzgórza.

***

Odkąd się obudziła minęło już sporo czasu. Nadal wiał silny wiatr i przegonił chmury, które jeszcze rano ostały się po burzy. Wiven szła, a właściwie kuśtykała podpierając się suchym dębowym kijem, który wydawał się wystarczająco mocny aby posłużyć jej w wędrówce przez kilka dni. Spojrzała na drugi brzeg rzeki. Rozciągała się tam łąka czerwona od polnych maków, tuż za nią był gęsty las. Rosły tu te same drzewa co w okolicy jej rodzinnego grodu, jednak było w nic coś odmiennego, obcego. Ten fakt zaczął jej zaprzątać głowę. Przestała przyglądać się tamtej stronie rzeki i zaczęła patrzeć pod nogi, gdyż ziemia pod nimi robiła się coraz bardziej błotnista i kij, którym się wspomagała zapadał się coraz głębiej.

Wiven odkąd się obudziła nie zdejmowała prowizorycznego opatrunku ze swojej nogi, sądząc, że tak będzie lepiej. Na pewno gdy uda jej się odnaleźć jakąkolwiek osadę, znajdzie się ktoś kto opatrzy jej ranę. Znów przypomniała sobie obcość lasu po drugiej stronie rzeki. Zaczynała się domyślać dlaczego wzbudzał w niej to uczucie. To już nie były jej rodzinne strony, a rzeka wzdłuż której szła nie była tą rzeką płynącą przez jej rodzinny gród, a raczej tą bezimienną przepływającą w pobliżu osady założonej przez jej stryja. Mimo to nadal nie mogła mieć pewności, że idzie w dobrym kierunku, choć nawet jeśli nie to dojdzie do Komarzyc, a tam na pewno otrzyma pomoc.
Rana znacznie ją spowalniała, teraz nie była w stanie pokonać nawet połowy tej drogi, którą w zwykłych okolicznościach dałaby radę. W okolicach opatrunku noga była mocno opuchnięta, dlatego większość ciężaru swojego ciała musiała opierać na znalezionym kiju.

Zdrowa noga paliła niemiłosiernie. Bywały momenty w których wolała znieść ból płynący z rannego kolana niż stanąć na wymęczonej stopie. Co nuż patrzyła to w niebo to w ziemię. Starała się robić wszystko, byle nie myśleć o zmęczeniu. Jej czarne jak węgiel włosy nie były już jak wcześniej – teraz powlekał je popielatoszary trud drogi. Nie tylko na nich odbiły się jednak trudy podróży. Oczy. Wielkie i zielone … Nie biło z nich już to dawne, bystre spojrzenie. Teraz były przymrużone, opuchnięte. Jej wzrok błagał o pomoc. Tak szła wzdłuż bezimiennej rzeki.

Co chwilę wybierała sobie nowy cel, do którego miała dotrzeć zanim zatrzyma się i da odpocząć strudzonym stopom.
- No już Wivenka, na szczyt tego wzniesienia. Na szczycie odpoczniesz… to jeszcze nie szczyt… teraz z górki – mamrotała nie była już nawet wstanie poprawnie wypowiadać słów. Nie wytrzymał z impetem zwaliła się na zarośnięte ostem, pokrzywami i odrobiną wiosennego miłka; niewielkim wzniesieniu. Zakręciło jej się w głowie, jednak po chwili ogarnęła cały mętlik. Pić… „Głupia” – pomyślała, coś w tym jednak było, gdyż rzeka płynęła półtora sążnia pod nią u stóp zarośniętego wzniesienia. Powoli zsunęła się do koryta rzeki. Kilkoma wielkimi łykami ugasiła pragnienie.
Podparła się rękoma splatając za plecami palce obu dłoni. Zaczęła rozglądać się po okolicy. Teraz już nie traktowała jej jako wroga, mało tego widziała w niej coś na swój sposób pięknego. Dziewczynie szybko poprawił się humor. Zaczęła zrywać liście szczawiu, w tej chwili może i nie była głodna, ale kto wie kiedy znów będzie okazja. Przeżuwała lekko kwaskowe, zielone liści. Część z nich umieściła w skórzanej torbie, którą nadal miała przy sobie. Spojrzała na wypaloną na jednej ze ścianek swargę. Symbol wieczności, odradzania się i życia, wieczny cykl natury. Osiem ramion z ostrzem skierowanym w prawą stronę. Niektórzy też mawiali, że znak nieśmiertelnego ducha i szczęścia.
- Jakiego szczęścia? – zakrzyknęła z wyrzutem – Może i szczęścia, ale nie dla mnie… nie tu i na pewno nie teraz.
Rzuciła torbę pod rosnącą nieopodal leszczynę. Ze łzami w oczach znów spojrzała na wartko płynącą rzekę. Znienawidziła ją, zapomniała, że tylko ona może jej pomóc. Nienawidziła też wzgórza pod którym leżała, nienawidziła tego obcego lasu po drugiej stronie znienawidzonej rzeki i poprzedzającej go polany. Z rozmachem rzuciła się w gęstą trawę. Ranę w kolanie przeszył ostry, niespodziewany ból. Wiven poczuła się jeszcze gorzej. Dlaczego nie przewidziała i tego, teraz była zła też i na siebie. Ledwo powstrzymywała się od płaczu. Poderwała z ziemi swój dębowy kij. Podeszła do leżącej pod leszczyną torby. Złapała za skórzany pas i cisnęła nią jeszcze dalej niż wcześniej. Łzy płynęły jej po policzkach. Chciała też połamać kij na którym się opierała… zrezygnowała. Zadarła głowę do góry patrząc w niebo. Jedno krótkie spojrzenie wydało się jej jakoby wiecznością. Czuła jak ze złości wali jej serce, jak pulsują jej wszystkie tętnice. Czuła płynącą krew w żyłach, lecz chmury na niebie wydawały się ospałe, powolne… spowodowały swojego rodzaju otumanienie w jej głowie. Oddech dziewczyny powoli zaczął się uspokajać. Opuściła z powrotem głowę, wpatrując się w odległy już nie znienawidzony obcy las. Napad złości minął, musiała na nowo pozbierać myśli. Z trudem jej się to udało, mimo to nie chciała pozostawać w tym miejscu. Wstała i weszła na niewielką górkę, która wcześniej znajdowała się za jej plecami. Wzniesienie liczyło sobie około trzy sążnie wysokości. Chciała się rozejrzeć po okolicy, liczyła, że akurat z wysokości zauważy coś co może jej pomóc. Nie myliła się. Przy najbliższym zakolu rzeki znajdowało się małe ziemne urwisko, stworzone przez samą rzekę, podmywającą grunt pod pomniejszym pagórkiem. Mogło posłużyć za schronienie na najbliższą noc i pozwolić na dłuższy wypoczynek. Słońce górowało jeszcze na niebie i do zmierzchu upłynie jeszcze wiele czasu, który mogła poświęcić na dalszą drogę. Jednak nie chciała ryzykować powtórki z wydarzenia, gdy zraniła nogę, schodząc ze szczytu wzgórza, na które weszła tylko z powodu braku schronienia. Do tego mając dużo więcej czasu niż potrzebowała uda jej się lepiej przygotować do dalszej drogi i będzie miała czas na przyjrzenie się zranionej nodze.

***

Wiven dorzuciła większą gałąź do ognia. Ilość opału, jaką uzbierała w wolnym czasie pozwalała jej podtrzymać całkiem pokaźnych rozmiarów ogień przez całą noc. Do tego udało jej się znaleźć wyrzuconego przez rzekę na brzeg pstrąga, którego dziewczyna już wcześniej przygotowała i zjadła. Taka ryba była całkiem miłą odmianą od jedzenia głównie liści i łodyg co niektórych mniej lub bardziej jadalnych roślin. Ostatnią mięsną potrawa jaką miała okazje zjeść był słabo przypieczony, znaleziony zając. Powoli zaczynało się ściemniać. Po drugiej stronie rzeki widziała dwie przemykające wzdłuż polany dzikie kuny. Nigdy nie miała okazji przyjrzeć się tym zwierzętom bliżej, a wiedziała że są ludzie, którzy te zwierzęta udomowili i trzymają je w swoich chatach. Wiven stawała się senna, czuła, że tej nocy w końcu się wyśpi. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach przekwitającej wody. Pozwoliła sobie zamknąć oczy i zasnąć.

***

Czarnowłosa dziewczyna zalała jeszcze tlące się ognisko.
- Czas w drogę Wiven – zakrzyknęła, jakby dodając sobie motywacji.
Podpierając się na dębowy kiju, wstała, przerzuciła skórzaną torbę z wypaloną nań swargą. Nie pozostało nic jak nadal iść wraz z nurtem bezimiennej rzeki. Dzień zapowiadała się nad wyraz dobrze. Było ciepło choć słońce zakrywały chmury, dzięki czemu nie było gorąco, do tego zawiewał lekki, chłodny wiatr, zapewniając znakomite warunki do marszu. Wiven była wypoczęta i najedzona, byłoby idealnie, gdyby nie, bolące kolano. Lniany opatrunek zbyt mocno ściskał teraz opuchniętą ranę. Dziewczyna próbowała już wcześniej poluzować przekrwiony materiał, lecz to tylko powodowało ból i ponowne krwawienie.

Idąc pokonała kolejne zakole rzeki i stanęła jak wryta. Po jej drugiej stronie rozciągało się wyrąbisko drzewa. Oceniła je na około pięć morg, choć nie zdziwiłaby się gdyby miało ono i większą powierzchnię. Wyrąb tak wielki nie mógł się obyć bez obozowiska i to całkiem pokaźnego. Wiven stojącej dość daleko od niego udało się naliczyć blisko tuzina szałasów, do tego prawie pół mendla pozostawionych tu wozów, pewnie drugie tyle znajdowało się tam dokąd zrąbane drzewo było przewożone. Przy samym obozowisku leżała wielka hałda kory. Znaczyło, że prócz wyrębu to drzewo także było wstępnie przygotowywane w tym miejscu do dalszego sezonowania. Okorowanie tu zrąbanych pni pozwalało choć odrobinę zmniejszyć ich wagę, a do tego przyśpieszało proces schnięcia drewna, jednocześnie zapobiegając jego pękaniu. Tak przygotowane bale oddawało wilgoć całą swoją powierzchnią, a nie tylko miejscami w których zostały przerąbane, a te właśnie były ich słabym punktem. To właśnie od tych miejsc drewno zaczynało pękać, gdy schło zbyt szybko. Odpowiednie sezonowanie drzewa było połową sukcesu, jeśli chodziło o jego późniejszą trwałość. Od pokaźnego obozowiska wiodła droga, naznaczona śladami kół ciężkich wozów z drewnem. Ta przecinała środek osamotnionego, brzozowego matecznika. Młode brzózki rosły tu może od około pięciu, ewentualnie co dorodniejsze egzemplarze siedmiu lat. Zostały wycięte tylko te, które rosły w miejscu, gdzie teraz przebiega droga.
W tym momencie Wiven pożałowała, że nie jest po tamtej stronie rzeki, kto wie co przydatnego mogłaby znaleźć w obozie tamtejszych drwali, do tego sama perspektywa dalszego marszu ubitą przez wozy drogą wydawała się o wiele lepsza, niż przedzieranie się nadal przez wysoką trawę, pokrzywy i krzaki. Najbardziej zastanawiało ją co się znajduje za brzozowym matecznikiem. Wątpiła, aby to była osada jej stryja, była zbyt mała, aby zużyć tyle drewna, także wnioskując szła do Komarzyc. Całą drogę miała nadzieję, że dojdzie do Osiedlic, jednak perspektywa trafienia w ogóle między ludzi wydawała się wystarczająco zadawalająca.

Dziewczynie nie pozostało nic innego, jak nadal iść wzdłuż koryta rzeki, aż natrafi na jakiś most. Być może droga wiodąca z obozu w którymś momencie przetnie się z bezimienną rzeką, wtedy znacznie szybciej pokona odległość dzielącą ją od warownego grodu Komarzyc. Wiven coraz trudniej było przedzierać się przez zarośla lecz myśl, że morze być już całkiem niedaleko Komarzyc motywowała ją do dalszego marszu. Kto wie może jeszcze dziś będzie dane jej zjeść porządny posiłek i wyspać się w miękkiej pierzynie. Droga po drugiej stronie rzeki nie wydawała się ani trochę przybliżać do koryta wody. Wiven trochę zgłodniała, więc postanowiła zrobić chwilę postoju, aby zjeść zapasy z torby i napoić się z rzeki. Wydeptała niewielki okrąg w trawie, tak aby bez przeszkód usiąść i mieć wokół siebie wystarczająco miejsca, by czuć się w miarę swobodnie.

Dziewczyna kończyła właśnie swój posiłek złożony głównie z liści szczawiu, które wczoraj zebrała. Cały czas wpatrywała się w horyzont, gdzie droga nikła wraz z nim, zdawało jej się, że tam, gdzie horyzont łączy się z drogą coś jest. Może to upragniony gród Komarzyce, a może kilka rosnących tam drzew. Mimo to Wiven nadal wpatrywała się w ten jeden punkt, jakby licząc, że dzięki temu będzie w stanie wypatrzeć cokolwiek na tą odległość. Wydawało jej się jakby widziała jakiś ruch, ale to mogły być tylko drzewa poruszane przez wiatr. Nie minęło wiele czasu, gdy okazało się, że punkt w który tak się wpatrywała porusza się wzdłuż drogi. Przeszedł ją dreszcz. Pomoc! Oni na pewno udzielą mi pomocy- pomyślała. Zerwała się, nie zważając na ból w kolanie i jak najszybciej chcąc się z nimi zrównać szła, co chwila podpierając się swoim dębowym kijem.

***

- Zatrzymać się – zakrzyknął brodaty mężczyzna idący na czele grupy – Żegota! Co to tam się za rzeką szamoce?
Do brodatego podbiegł człowiek o dość charakterystycznej twarzy miłośnika różnego rodzaju trunków alkoholowych. Ten na chwilę zatrzymał się i skierował swój wzrok na postać za rzeką.
- Panie majster to będzie bogunka, albo wiła jaka – zaczął pośpiesznie z wyjaśnieniami Żegota.
-A ty Lasota co o tym myślisz, co ona tam się drze – tym razem brodacz zwrócił się do człowieka idącego tuż za nim.
-Wiesz Izbor, że ja człek ostrożny jestem, jeśli ta moczymorda rzeczywiście ma racje - zielonooki przełkną zalegającą mu w gardle flegmę. – To demonica na zgubę naszą woła, wykorzysta a ciała w rzece stopi.
- Dobrze prawi, nie ma leźć tam na zgubę nas wszystkich – zakrzyknął ktoś z jednego z wozów.
Żegota pomachał w kierunku szastającej się i krzyczącej wiły, bądź bogunki, sam nie wiedział i dumny z siebie, ze to właśnie on przechytrzył złego demona i uratował siebie i kompanów wsiadł na jeden z wozów.

***

Wiven stała na brzegu krzycząc z całych sił do jadących w kierunku obozu drwali. Po chwili machania i zdzierających gardło krzyków zauważyła, że pochód zatrzymał się, a wśród idących tam ludzi zapanował gwar. Zauważyli mnie – pomyślała dziewczyna, nie zaprzestając wołania o pomoc. Trudno było jej cokolwiek dostrzec z tej odległości, mimo to była w stanie odróżnić od siebie krzątających się ludzi. Nagle się uspokoili. Jeden z nich odmachał dziewczynie i od razu wskoczył na jeden z wozów, po chwili te ruszyły w dalszą drogę nie bacząc więcej na machająca przy brzegu dziewczynę. Wiven poczuła, jak krew odpływa jej z nóg i tułowia, uderzając do głowy; przez chwilę jeszcze stała i patrzyła na odjeżdżające wozy z siedzącymi nań ludźmi. Nadal nie do końca docierało do niej co się właśnie stało, że została jak to sama zresztą później trafnie określiła – kompletnie olana, przez drwali. Napawała ją złość.
- Jak można być tak głupim –zapytała sama siebie, rozdrażniona zachowaniem obcych.
Dziewczyna ze złością uderzyła swoim dębowym kijem w rosnącą obok już dość sędziwą wierzbę, o dziwo kij wytrzymał tą próbę. Wiven ponownie odwróciła się w stronę oddalających się wozów z nadzieją, że może kogoś po nią wyślą, jednak nie zapowiadało się, aby coś takiego miało mieć miejsce. Nadal była zła, ale nie pozostawało jej nic, prócz dalszej drogi. Teraz wiedziała, że najbliższy gród musi znajdować się naprawdę niedaleko, a właściwie szacowała, że natknie się na niego za nie więcej niż sześć, może siedem staj. W końcu drewna do wsi też nie mogli sprowadzać ze zbyt daleka, zwłaszcza że po stronie rzeki na której się znajdowała drzew nie brakowało, wystarczył porządny most i drewno można by sprowadzać ze znacznie bliższego miejsca.

W rzece pląsała się ławica pstrągów, Wiven przez chwilę wpatrywała się jak ryby bez celu płynęły pod prąd, następnie na chwilę zamierały w bezruchu, a woda powoli ściągała je do tego samego miejsca, jednak te zaraz powtarzały poprzednią czynność. Pozwoliła sobie na tą chwilę przerwy, gdyż teraz musiała wejść w gęsty las, który cały czas miała po lewej. Nie mogła dalej iść wzdłuż rzeki, bo właśnie w tym miejscu ta wylewała tworząc rozległe moczary. Dziewczyna przedarła się przez kilka pomniejszych krzaków, aby wejść między drzewa. Aura tego miejsca malowała się wręcz magicznie. Wysokie sosny, jakich nie widuje się zbyt często, zdawały się tworzyć wyizolowany świat zamknięty między nimi. Niemal łyse pnie iglaków, były mocno od siebie oddalone tworząc dużą ilość miejsca, czego dziewczyna nie mogła się spodziewać, bo las z zewnątrz wyglądał na strasznie gęsty. Mimo to było ciemno, tylko gdzieniegdzie przebijały się przez gęste korony drzew położone wysoko, wysoko nad głową Wiven pojedyncze promienie słońca. Całą ściółkę tworzyło tu tylko i wyłącznie opadnięte igliwo, nie rosły tu nawet najmniejsze jeżyny, pokrzywy, trawy czy osty, najczęściej pokrywające ziemie w okolicy. Rozlewisko rzeki, które dziewczyna wcześniej widziała tutaj zamieniało się w średnich rozmiarów jeziorko o czarnym zabarwieniu wody. Wiven podpierając się swoim dębowym kijem przeszła po wzniesieniu okalającym cały zbiornik.

Chcąc dostrzec jak najwięcej, zatrzymała się w najwyższym punkcie. Teraz korony sosen rosnących pod wzniesieniem znajdowały się niewiele nad jej głową, dzięki czemu rozciągała się przed nią cała panorama okolicy. Kawałek od rzeki wiodła znana już jej droga do wyrąbiska, teraz niemal obydwie się zbiegały. Po prawej widniały znane jej już krajobrazy, które mogła oglądać wcześniej w trakcie swojej doli, teraz miała na nie jednak inne spojrzenie. Lecz mimo wszystko bardziej interesowało ją skąd szli drwale, których widziała. Lekko obróciła się na lewo cały czas śledząc tak niedostępny jej szlak. Ten wędrował po mniejszych i większych pagórkach, to znów opadał, to znów się podnosił na zielonych grzbietach. Te zielone niezagospodarowane nigdy ludzkimi dłońmi połacie powoli zamieniały się w ogrodzone pastwiska dla koni i bydła. Dalej pastwiska przechodziły w uprawne pola, podzielone na nieregularne części zapewne według rodów, każde dookoła obłożone kamiennym murkiem. Całą powierzchnię uprawną Wiven oceniła na blisko pół łana, może trochę więcej, ale na pewno nie więcej niż dwadzieścia morg. Między murkami biegły wydeptane przez miejscowych ścieżki. Wydawało jej się, że na jednym z najbardziej oddalonym z pól ktoś pracuje, jednak do żniw było jeszcze daleko, bardzo daleko. Możliwe że wybiera buławinkę – pomyślała Wiven. Jej wzrok uciekał jednak jeszcze bardziej w lewo do drewnianej palisady, a właściwie tego co palisady skrywała a konkretnie pokaźnych rozmiarów wioski, może nie aż tak dużej jak rodzima Nitra, ale liczącej sobie z mendel drewnianych domostw pokrytych strzechą z żytniej słomy. Do każdego domostwa Wiven była w stanie przypisać co najmniej jedną zagrodę wraz ze sporym obejściem i podwórkiem. Zdziwiła ją tu jednak jedna rzecz, rzeka która miała wpadać do Dunajca płynęła dalej nawet nie myśląc o tym, aby zostać jednym z dopływów wielkiej rzeki. Znaczy to nie były Komarzyce, może jednak trafiła do Osiedlic, a może szła w ogóle wzdłuż innej rzeki i znajduje się całkowicie gdzie indziej. Był tylko jeden sposób aby się przekonać.

wtorek, 14 lipca 2015

"Legenda o pierwszej wiedźmie" Część I

Po kilku tygodniach zbierania informacji o każdym z elementów tytułowej legendy i pracy nad tekstem mogę przedstawić I część opowieści. Z góry jednak pragnę zapowiedzieć, że ta część jest wprowadzeniem do całej historii. Jak już wielokrotnie wspominałem legenda jest krótka, natomiast tworzony tekst ma być umieszczony w tętniącym życiem świecie z własną historią. Z tego powodu nie ma tu umieszczonego rdzenia legendy. Mimo to w tekście można odnaleźć wiele pomniejszych nawiązań do wierzeń Słowian jak i do innych legend. Imię głównej postaci nawiązuje do folkloru Kaszub, gdzie towarzyszką Welesa była niejaka Velevitka. Chciałem połączyć te dwie postacie i sprowadzić je do jednej osoby. Mimo to nie pozostawiłem imienia w jego oryginalnej wersji. Oczywistym jest fakt, iż na przestrzeni wieków mogło dojść do różnych błędów w przekazie imienia, a jego wersja w tekście jest tylko i wyłącznie moim własnym wyobrażeniem tego imienia.

"Legenda o pierwszej wiedźmie" CZ.I

Las był dziś nadzwyczaj spokojny, a może to jej się tak wydawało w końcu… A może dopiero teraz przestawała się go bać. Sama nie wiedziała który to już dzień koczuje na tym odludziu. Tęskniła za rodziną, towarzyszami, miała teraz wystarczająco dużo czasu, aby rozmyślać o nich, o domu. Prócz najprostszych zadań, które musiała co dzień wykonywać, a umożliwiały jej przeżycie w tych nie gościnnych warunkach pozostawało jej tylko wspominać utraconą przeszłość.

Ciągle planowała jak wrócić do rodzinnego grodu, plany nadal jednak pozostawały marzeniami, które przypominały jej dom… Dom za którym tak tęskniła. Wspomnienia powodowały u niej ból, który jednak nie był wywołany tęsknotą lecz raczej bezradnością.

Dziewczyna nachyliła się nad taflą wody. Gdyby teraz ktokolwiek stanął za jej plecami ujrzałby w wodnym odbiciu twarz… twarz młodą o jasnej karnacji charakterystycznej dla Skandynawów. Mogłoby to wskazywać że należy do ich ludu, jednak wyrazem sprzeciwu były jej czarne jak węgiel włosy i oczy wielkie zielone cechujące raczej mieszkańców centrum kontynentu, a nie mieszkańców północy o oczach niebieskich, lub szarych. Z tych oczu biło bystre i przenikliwe spojrzenie. Ale nikt nie mógł tego widzieć, nikt w pojedynkę nie zapuszczał się tak głęboko w Nitrzańskie lasy… nikt.

Wiven przetarła twarz wodą nabraną z kałuży, zaczerpnęła jeszcze dwa łyki i wstała.
Zajrzała do skórzanej torby którą miała przerzuconą przez lewe ramie…
-Nosz w rzyć – zaklęła pod nosem.
Miała co do tego pełną słuszność z jej zapasów jedzenia została ledwie garść sczezłych jagód i nadgryziona zajęcza łapa, którą udało jej się jako tako upiec. Nie była jednak w tym momencie aż tak głodna postanowiła zostawić ten „syty” posiłek na czas gdy dopadnie ją prawdziwy głód.

***

Szła wzdłuż ścieżki wydeptanej wcześniej przez miejscową zwierzynę. Szła na zachód ten kierunek wydawał się jej jedynym słusznym. Z wiedzy którą zdobyła od swojego brata – myśliwego. Ten znów odziedziczył fach po ich ojcu. Wiedziała że nie może znajdować się ani na północ od domu, ni na południe. Gdyby znalazła się na którymś z tych dwóch kierunków idąc ciągle na zachód już dawno natrafiła by na którąś z wielkich rzek Nietre, bądź drugą nie nazwaną jeszcze przez nikogo, a znaczącą wiele dla wsi położonych u jej koryta. Przypuszczała że znajduje się na wschodzie, dlatego zachodzące słońce wydawało się najlepszym przewodnikiem. Jeśli jednak nie miała racji i jest na zachód od rodzimego grodu powinna prędzej czy później trafić na drugą z wcześniej wymienionych rzek. Wtedy wystarczyło przedostać się na drugi brzeg za którym bez większych trudów powinna trafić do Osiedlic osady swego stryja Wilczmira.

Osada liczyła sobie niecałe dwadzieścia zim, a już zamieszkiwało ją ponad dwie i pół setki istnień. Skąd tak wielka chęć pozostania w tym miejscu nie wiadomo. Najwięcej radości osada sprawia podróżującym z Grodu Nitrzańskiego do wsi Tranawy i odwrotnie. Obydwie te miejscowości były oddzielone o dwa dni pieszej wędrówki, tak więc teraz Osada stryja Wilczmira stojąca niemal w połowie tej drogi stałą się idealnym miejscem na nocleg i odpoczynek dla podróżnych.

Wiven przeskoczyła gwałtownie z nogi na nogę i odskoczyła z krzykiem do tyłu chwila nieuwagi wystarczyła aby w gęstwinach o mało nie zdeptać uciekającego już w zarośla zaskrońca. Przez chwilę jeszcze czuła jak serce łomoce jej się w piersi. Gdy lęk minął przemknęły jej przez głowę dwie myśli – pierwsza, jak wynikało z jej osobistego doświadczenia i nie potrzebowała do tego opowieści brata. Informacja, że zaskrońców nie spotyka się w środku głuszy. Znaczyło to że upragniony skraj lasu znajduje się ni mniej ni więcej kilka chwil drogi. Drugą myślą był fakt, że ten zaskroniec mógł być całkiem smaczną kolacją, co przypomniało jej garść jagód w jej torbie i nadgryzioną zajęczą łapę.

****     
            Dziewczyna zatrzymała się w zaroślach będących jakże upragnionym przez nią wyjściem z głuszy. Przed nią rozciągała się rzeka, szerokością przypominająca tą płynącą niedaleko jej chaty… mimo to o nieco innym zabarwieniu. Przeszedł ją dreszcz radości w końcu to właśnie odnalezienie rzeki było połową sukcesu. Wiven Znalazła sobie miejsce na próchniejącym konarze. Czekała ją teraz decyzja czy uda się w dół czy w górę rzeki. Nie znała żadnego sensownego sposobu, który pomógłby jej w podjęciu tego wyboru… Jednak musiała wybrać i twardo trzymać się obranej drogi. Kierunek drogi był niezależny od rzeki na którą trafiła pozostawała tylko kwestia iść z nurtem, czy naprzeciw niemu.
Pójście w górę rzeki było sporym ryzykiem. Nie znała terenów na północ od rodzimej wsi, wiedziała tylko, że te niezbyt pokaźne pagórki występujące w okolicy wraz z drogą na północ wzrastają do potężnych gór zwanych Tarczal, bądź Tatrami . Nie wyobrażała sobie wspinaczki po górskich ścianach, lub szukania przełęczy między nimi. Nie miała pewności że natrafi wcześniej na jakąś wioskę nim góry urosną do naprawdę gigantycznych rozmiarów. A kto wie co czekało ją za górami ponoć to tam się rozciągało największe dotychczas znane miasto Wabel; będące siedzibą potomków samego Lecha. Mimo swego wieku nie wiedziała jak nazywał się aktualny władca, lecz to nie było ważne liczyła się krew płynąca w jego żyłach…  Krew Lecha.
            Co do południa, czyli drogi wraz z nurtem jeśli okazałoby się że Nitra i Osiedlice są w przeciwnym kierunku powinna trafić do grodu Komarzyc. Grodu, który jest praktycznie nie do zdobycia i to wcale nie dzięki jakiemuś specjalnie potężnemu ufortyfikowaniu lecz raczej dzięki położeniu. To właśnie tu bezimienna rzeka wpadała do Dunajca osłaniając gród od południa i zachodu. I o ile ją można było jeszcze przepłynąć to Dunajec stanowił wówczas ochronę nie do sforsowania. Jedyną opcją było prowadzenie wojsk zimą, gdy rzeka zamarznie, a i tylko naprawdę silne mrozy mogły sprawić, że lód będzie na tyle gruby, aby mogło przejść po nim grupa większa niż kilku ludzi.  Mniej więcej w połowie szerokości rzeki znajdowała się kamienna wysepka, na której miejscowi zbudowali drewnianą platformę wysoką na dziesięć sążni. Każdej nocy na szczycie palono znicz. Dlaczego? Tego nikt nie wiedział, ale tak robili ich dziadowie i tak musiało pozostać.
***
Słońce chyliło się ku zachodowi było by pięknie, gdyby nie komary, ci mali krwiopijcy nie dawali nawet chwili spokoju. Wiven miała wrażenie, że teraz gdy znalazła się blisko rzeki namnożyły się co najmniej kilkukrotnie; jednak nie to było jej największym zmartwieniem zbliżała się noc, a ona nie miała żadnego schronienia.
Postanowiła oddalić się od koryta rzeki i wejść po zboczu wzniesienia u stóp którego stała. Na takich zboczach często można było znaleźć różnego rodzaju niegłębokie zapadliska całkiem dobrze służące za schronienie.
Idąc ku górze zaczęła zbierać co suchsze gałązki, jako że już dosyć dawno nie padało nie było to trudne zadanie. Spojrzała na swoje buty, stwierdziła że trzymają się aż nadto dobrze jak na warunki w których przyszło jej iść. Na dębowych koturnach wcale nie było oznak zniszczeń tak samo skóra utwardzana pszczelim woskiem i przypalana wyglądała jakby mogła jeszcze całkiem długo wykonywać swoje zadanie. Znów zaczęła myśleć o domu, o matce, bracie jak udało mu się ostatnie polowanie. Fakt niezbyt lubiła jego mocno barwne opowieści, mimo to teraz poczuła do nich pewien sentyment, taki jak człowiek odczuwa do rzeczy, która nigdy miała już nie wrócić… dziewczyna jednak szybko odrzuciła tą myśl. Zaczęła coraz intensywniej rozglądać się za potencjalnym schronieniem, mimo to w zasięgu jej wzroku nie znajdowało się nic, co za takowe mogłoby posłużyć. Szła dalej ku górze coraz bardziej zdenerwowana. Robiło się coraz chłodniej. Sezon zbierania czerwca dopiero się rozpoczynał i pomimo tego, że dni były gorące to noce nadal potrafiły zmrozić do kości. Sucha gałąź strzeliła pod jej nogą nie zbierała już ich, wystarczyło na rozpalenie ogniska i podsycanie ognia co najmniej na pół nocy.
***
Wiven rzuciła zebrany chrust w trawę rosnąca na szczycie. Wzięła głęboki wdech, wejście po ścianie wzgórza nie było może trudne, lecz po wielu dniach wędrówki każdy większy wysiłek stawał się wyzwaniem. Wybrała ze sterty kawałek pękniętego wzdłuż drąga… chwyciła go i z całej siły walnęła nim w pień rosnącego obok grabu… drąg rozpadł się na dwie niemal równe części. Jedną połówkę rzuciła z powrotem na stertę gałęzi, drugą natomiast położyła na wcześniej wydeptaną trawę.
- Ehhh, mam nadzieję że nikt się tu nie kręci… - Cóż było to sprzeczne z jej aktualną sytuacją, bo każda pomoc była na wagę złota.
Dziewczyna wyplątała rzemyk, który spinał jej białą bluzkę w miejscu dekoltu. Materiał rozszedł się na boki odkrywając jej wdzięki.

Przywiązała go do jednej z cieńszych gałązek, tak że całość tworzyła łuk o luźnej cięciwie i wkręciła w nią najprostszy patyk jaki udało jej się znaleźć. Miał posłużyć jej za świder. Robiło się coraz ciemniej jednak wzrok powoli przyzwyczajał się do zapadających ciemności.
Wiven coraz szybciej przeciągała łukiem w tą i z powrotem powodując coraz szybsze obracanie się świdra we wcześniej wydłubanym wgłębieniu po płaskiej stronie rozłupanego drąga. Jednocześnie całym ciałem parła na płaski kamień dociskający cały mechanizm. Czekała na pojawienie się dymu… znów poczuła morderczy głód, teraz jednak sprawą pierwszorzędną było rozpalenie ogniska. Bez ognia to ona stawała się potencjalną kolacją. Bark prawej ręki palił ją z bólu, powoli spod świdra zaczęły ukazywać się pierwsze strugi dymu to był dobry znak. Od tej pory zaczynał powstawać żar, który konieczny był do powstania ognia.

Było już całkowicie ciemno, na niebie nie było ani jednej gwiazdy mogącej dać chociaż troszkę światła; jedynym jego źródłem pozostawało słabo płonące ognisko. Wiven nie miała zbyt wielkich zapasów opału, aby pozwolić sobie na większe ognisko to musiało wystarczyć aby odstraszyć krążące w okolicy drapieżniki i dać choć trochę ciepła. Powieki już same jej opadały pod swoim ciężarem, głód doskwierał coraz mocniej, a komary jakby za nic nie robiąc sobie dymu bijącego z ogniska gryzły tak jak wcześniej. Dziewczyna dorzuciła jeszcze kila grubszych gałęzi. Teraz mogła pozwolić sobie na chwilę snu, położyła głowę na złożonych dłoniach… zasnęła.

***

Noc była niespokojna kilkukrotnie budziło ją wycie, i ryki dzikiej zwierzyny, całe szczęście odczuwały respekt do ognia i nie zbliżały się nadto blisko. Wielokrotnie także musiała dorzucać w ciągu nocy do ogniska, słabego choć jedynego gwaranta przebudzenia się następnego poranka.
Na dodatek męczył ją koszmar… wilk…raczej coś większego. Sama nie wiedziała, co to za bestia. Była pewna tylko jednego był wielki niczym tur, miał chyba z półtora sążnia wzrostu. W jej śnie uciekała z domu w las, przed tą bestią. Gnała przez most, drogą wzdłuż pola Borowiczów, mijała pasącego się byka. Biegła w stronę wyimaginowanej góry, istniała tylko w jej śnie. W końcu dobiegała do skarpy, ślepego zaułku i już myślała że wilk został daleko w tyle. Zasapana opierała obie dłonie na skalnej ścianie bezmyślnie wlepiając w nią wzrok. Gdy zza jej pleców znienacka zaszedł ją ogromny łomot. Przez głowę przechodziła jedna myśl… to już jest koniec. Odwracała się, ostatni raz spoglądając na świat za nią… rodzinny gród, okoliczne pola i byka, który się zerwał z pala i biegnie jak i ona biegła w kierunku nieistniejącej góry. Fakt, miała tylko chwilę, aby zobaczyć ten obraz, lecz to on utkwił w jej głowie po przebudzeniu. Dalej były kły, ogromne kły bestii, oraz przekrwione oczy… oczy żądne mordu.

***

Dziewczyna schodziła ze wzgórza z powrotem w stronę rzeki, by kontynuować marsz, jednak jej głowę zaprzątały myśli o dzisiejszym śnie. Znała z opowieści matki ich prorocze możliwości. W ich wiosce był nawet kiedyś wróż, umiejący rozszyfrowywać sny, jak się jednak później okazało w grodzie nikomu nie przypadł sen który wróż uznał za choć trochę interesujący. Może prócz snu starego Roslava, bo gdy mistrz przyjmował interesantów w swoim namiocie i odsyłał kolejnych ludzi to Roslava wyrzucił z hukiem rzucając za nim kilka wyzwisk. Później jeszcze wyszedł i do ciekawskich krzyknął, że stary chutliwy, ale nie baby mu w głowie, więc chłopy nie ich pilnować a samych siebie. Wiven była świadkiem całego zajścia, choć sama nie skorzystała z usług wróża, a i z całego zajścia niewiele zrozumiała. Była wtedy jeszcze dzieckiem.
Ten sen pomimo tego że wrył się w jej myśli, nie wydawał się niczego zwiastować, raczej był odbiciem tego co już było. Gonitwą myśli i wspomnień, które jej umysł chciał uporządkować.

Droga była coraz bardziej stroma, nie potrzebnie poszła na skróty, mogła wrócić tą samą trasą co weszła.
Wiven w tej chwili musiała chwytać pobliskich drzew, aby nie zsunąć się w dół. Słońce grzało już nie miłosiernie, chociaż niedawno wstało. Drzewa dawały choć trochę cienia. Było sucho strasznie sucho, nie padało od dawna. Właśnie… przypomniała sobie… w jej śnie padał deszcz, a odkąd jest na tym odludzi nie spadła ani kropla deszczu. Na drodze którą wchodziła na szczyt poprzedniego dnia rosły pokrzywy, prawda sezon na ich zbieranie już się skończył, mimo to ich liście mogły napełnić jej żołądek. Taki pokarm nie był syty, lecz pozwalał na przeżycie. Kilka dni temu też posilała się właśnie nimi.

Wystający korzeń na którym właśnie oparła nogę wyrwał się z ziemi. Wiven poczuła jak traci równowagę, próbowała  chwytać się jeszcze co mniejszych gałęzi, jednak te były za słabe aby utrzymać jej ciężar. Dziewczyna zwaliła się na ziemię próbując już w tej chwili chwytać się czegokolwiek. Sunęła coraz szybciej w dół. Zaczęła coraz mocniej wbijać swoje buty w ziemię aby spowolnić upadek.  Nie zdążyła z całym impetem walnęła rosnące na jej drodze drzewo. Zawyła z bólu. Spróbował się podnieść opierając plecy o drzewo.
- Aaaaaagh – krzyknęła osuwając się z powrotem na ziemię.
Dopiero teraz zauważyła, że całą nogę od kolana w dół ma brudną we krwi, jej strumyki spływały aż do skórzanej cholewki buta. Musiała jak najszybciej zatamować krwawienie. Skóra na jej kolanie odeszła jednym wielkim płatem trzymając się jedynie niewielkim kawałkiem tuż nad rzepką. Wiven spojrzał na ranę… poczuła jak zawartość żołądka unosi jej się do gardła, momentalnie zbladła ze strachu. Odwróciła wzrok, aby nie patrzeć na krwawiące kolano. Dziewczyna tym razem nawet nie zastanawiając się, czy ktoś może być w pobliżu zdjęła z siebie swoją lnianą bluzkę chciała oderwać z niej pas materiału, jednak ten stawiał zbyt wielki opór dla jej drżących rąk. Czuła się coraz gorzej, myślała że zaraz zwymiotuje. Próbowała rozedrzeć materiał o korę drzewa lecz ten nie chciał ustąpić. Chwyciła za najostrzejszy kamień jaki udało jej się wymacać dłonią. Zaczęła uderzać nim w rąbek bluzki podpierając ją o pień drzewa. Tkanina w końcu nie wytrzymała, pojedyncze włókna się rozerwały. Dziewczyna odrzuciła kamień, aby dalej od siebie. Była coraz słabsza, traciła krew, dużo krwi. Resztką sił zacisnęła pięści na skrajach rozdartej tkaniny i mocnym pociągnięciem oddarła pas materiału od reszty bluzki. Jej twarz była niemal biała. Podciągnęła nogę ku sobie, była sztywna, Wiven ogarnął jeszcze większy strach. Bała się. Z jej oczu poleciała łza, była bezradna. Zaczęła owijać krwawiące miejsce chciała ścisnąć ranę jak najmocniej.

Zawiązała opatrunek, czuła jak odpływają z niej ostatnie siły, czuła… nie już nie czuła zemdlała. Jej bezwładna dłoń opadła na zamszony konar dębu. Lniana opaska z białej zaczęła zmieniać barwę na czerwoną.

Zerwał się wiatr silny wiatr. Nie minęła dłuższa chwila jak spadł deszcz. Nie był to zwykły deszcz, był on zapowiedzią burzy tak silnej, że nie pamiętano podobnej od co najmniej kilkunastu lat. Niebiosa miotały piorunami ze wszystkich stron świata. Padało cały dzień i noc, a grzmoty nie ustępowały. Jeden nawet trafił w stary dąb, który stał na stromym zboczu jednego z wielu Nitrzańskich wzgórz. Posypały się liście i trochę drobnych gałęzi. U Lechitów sam dąb już symbolizował siłę i długowieczność, lecz trafienie go przez piorun uznawane było za objawienie się w tym miejscu Peruna. W takich miejscach często zakładano później święte gaje poświęcone temu właśnie Bogu. Choć większość tego typu zdarzeń było zwykłym przypadkiem. Trafiony dąb pękł z trzaskiem. Pień zaczął rozchylać ku dwóm przeciwnym sobie kierunkom, aż do najniższej gałęzi. Wtedy się zatrzymał. Z drzew zerwały się okoliczne ptaki spłoszone całym wydarzeniem. Mimo wielu opowiadaniom wołchwów i klechdą żerców nie pojawił się nikt. Na wzgórzu  nie było zupełnie nikogo… prócz dziewczyny leżącej w porwanej białej bluzce w kałuży rozcieńczonej przez deszcz krwi i trupio białej twarzy. Wyglądała niczym martwa oparta o pęknięty pień dębu, który parował w padającym deszczu, jakby jej dusza uciekała przez naznaczone drzewo.


Ale nikt nie mógł tego widzieć, nikt w pojedynkę nie zapuszczał się tak głęboko w Nitrzańskie lasy… nikt… jak widać nawet Bogowie.

Autor: F.M.Dudzisński


Kopiowanie tekstu, lub jego fragmentów zgodnie z zasadami zawartymi w ostatnim akapicie postu Powitanie i opis projektu.

czwartek, 9 lipca 2015

Powitanie i opis projektu

Witam serdecznie wszystkich zainteresowanych moim projektem. "Mity Słowian pisane na nowo" ma za zadanie rozpowszechniać mity, podania i legendy dawnych Słowian, a przede wszystkim zainteresować nimi nowe umysły - poprzez opowiadania pisane na ich podstawie.

Pracując nad każdym opowiadaniem staram się dowiedzieć jak najwięcej na temat legendy, która stanowi jej trzon i główną myśl. Poszukuje informacji w wielu źródłach. Muszę jednak zaznaczyć, iż jeśli chodzi o niektóre legendy to nasza wiedza jest znacznie ograniczona. Co do tego typu historii faktem jest, że znamy jej całość, lecz ta "całość" ogranicza się tylko do kilku zdań (początek, koniec i najważniejsze fakty). Dlatego pisząc moje opowiadania staram się wyciągnąć z danej historii jak najwięcej.

Moim założeniem jest stworzenie ze zwykłej liczącej sobie czasem objętościowo nie więcej niż jedną stronę legendy, historię żywą, liczącą sobie nawet kilkanaście, lub więcej stron. Chcę, aby czytelnik mógł wczuć się w całą tą historię. On ma nie tylko dowiedzieć się, że takowa po prostu istniała, chcę zmusić go do refleksji nad kulturą całej słowiańszczyzny, której nieodzowną częścią są jej opowieści. W tym celu starą legendą muszę ubrać w zupełnie nową, ciekawą historię w taki sposób, aby nie tylko nie kłóciła się ona z oryginalną historią, ale uwydatniła cały jej smak. Wiele osób pewnie odczuje, że ta drobna historia zaginie w tak obszernym opowiadaniu, lecz jak napisałem wcześniej, to legenda jest najważniejsza, a reszta historii (będącej fantazją autora), to tylko oprawa dla niej.

Wszelkie podania z którymi mam okazję pracować chcę umieścić w jak najlepiej pasujących im miejscach. Tutaj trzeba podzielić je na trzy grupy:

a) Miejsce w którym dzieje się cała historia jest znane - jeśli chodzi o ten typ to oczywistością jest, iż miejsce akcji jest faktem NIEZMIENNYM i ważnym dla całego opowiadania. Legend tego typu wbrew pozorom jest całkiem sporo ("O smoku Wawelskim", "O Lechu, Czechu i Rusie" itd.). Mogłoby się wydawać, iż wiedza o miejscach w których mogły się dziać tak dawne historie zanikła, mimo to najczęściej są one nieodzownie związane z tymi miejscami i bez nich tracą całą swoją wartość.



b) Miejsca akcji możemy się domyślać, bądź jest ono przybliżone - chodzi o legendy w których miejsce akcji nie jest do końca znane, bądź jest ono "zbyt wielkie" dla mniejszej legendy (chociażby "O biesach i czadach"). Przykładowo jeśli wiemy, że akcja dzieje się nad Odrą, a cała historia ogranicza się do faktu iż ktoś znalazł jakiś przedmiot, bądź wydarzyła się inna pomniejsza historia. W takiej sytuacji poszukuje kolejnych informacji, aby jak najprecyzyjniej określić miejsce zdarzenia. Najprzydatniejsze okazują się opisy fauny, flory oraz ukształtowania terenu. Jeśli do przykładowej historii z Odrą znajdę informację, że jest to teren nizinny to na pewno umieszczę historię w jej środkowym, bądź dolnym nurcie, lecz też nie przy samym ujściu. Kiedy już zdobędę takową informacje, a dodatkową wiem, że akcja dzieje się w jakowymś grodzie, przeszukuję źródła historyczne prawiące o słowiańskich grodach, które kiedyś leżały nad Odrą. W ten sposób staram się jak najbardziej dopasować miejsce akcji do danej legendy.


c) Miejsce akcji jest nieznane - dotyczy to najczęściej najstarszych podań ("O pierwszej wiedźmie"), w których nie ma nawet wzmianki o tym gdzie dzieje się akcja całej historii. W tym przypadku staram się umieścić całą legendę w miejscu które według własnego doświadczenia i wiedzy uznam za najlepiej utożsamiające się z klimatem legendy.


Pomimo tego, że staram się jak najwierniej umiejscawiać wydarzenia, to nie zmienia faktu, iż są to nadal historie niemal zawsze fantastyczne. W moich tekstach mam zamiar niejednokrotnie łączyć ze sobą kilka historii. Dlaczego mając dwie legendy, których korzeni możemy szukać w całkiem bliskich sobie miejscach nie możemy ich uznać za ciąg zdarzeń przyczynowo-skutkowych. Przykładowo mając historię zachłannego złodzieja, który utonął i zmienił w topielca możemy łączyć z inną mówiącą o przeklętym jeziorze nawiedzanym przez tą właśnie istotę.
Wiłę związaną z historią jakiejś kobiety, czy czarownicę, która może być związana z pierwszą wiedźmą. Zapewne wielu ortodoksyjnych zwolenników, słowiańskiej mitologi będzie przeciwko tak zakrojonym zmianom znanych im historii.
Chcę ponownie podkreślić projekt jest stworzony po to, aby zainteresować nowe umysły słowiańską mitologią.


Należy także pamiętać o fakcie, że w historii słowiańszczyzny nie obyło się bez wpływów kultury obcej, chociażby Skandynawów na Rusi, Madziarów na Węgrzech, czy Bizantyjczyków  na południowej słowiańszczyźnie.
Mimo wszystko największy wpływ miało chrześcijaństwo. Wiele legend zostało zmienionych przez wpływy chrześcijańskie. Najczęściej słowiański Boruta, Fugas, czy Rokita, został zamieniony na chrześcijańskiego męczyciela rodu ludzkiego szatana winowajce wszelkiego zła, tylko jakoś w tych wszystkich historiach nade bardzo przypomina słowiańskie "djaboły". Tego typu historiom będę się starał poprzez dokładne analizy przywrócić jak najbliższą pierwotnie wersję, a następnie postąpić z nią zgodnie z założeniami projektu. Podobnych wpływów możemy się także doszukać na Rusi. Także jeśli występują powiązania między bogami w słowiańskiej kulturze i kulturach, które na słowiańszczyznę miały swój wpływ nie omieszkam tego powiązania wpleść w historię, tak samo przenosić co niektórych postaci. Jak wcześniej pisałem wiele rzeczy zaginęło i być może już nie poznamy prawdy, więc można przypuszczać, że skoro wiele elementów przenikało do słowiańszczyzny to także i postacie z legend innych kultur.

Powinienem ten fakt poruszyć na początku wpisu. Opowiadania kieruję głównie do starszej młodzieży i osób dorosłych. Dla młodych czytelników może się to okazać zbyt ciężką lekturą, czasem opatrzoną pikantnymi opisami i językiem nie odpowiednim dla dzieci. Projekt ma za zadanie zainteresować tymi historiami.

Jako pierwszą na swój celownik wziąłem "Legendę o pierwszej wiedźmie". Jedną z popularniejszych legend dawnych Słowian. Ukarzę się ona najprawdopodobniej w trzech częściach. Aktualnie po zebraniu wszystkich informacji potrzebnych do pisania tego opowiadania czekają na mnie ostatnie poprawki "I CZĘŚCI" przed opublikowaniem jej na forum publicznym. Prócz tego zbieram potrzebną mi wiedzę do opracowania jeszcze dwóch legend, informacje o tym jakie to historie na razie zatrzymam dla siebie.

Na koniec chcę podziękować za czas poświęcony na zapoznanie się z założeniami na temat projektu i moimi przemyśleniami na jego realizację. Jako że chcę rozpowszechniać ideę projektu zezwalam na kopiowanie całości zawartych tu tekstów i ich fragmentów w celach niekomercyjnych pod warunkiem podania adresu tego bloga i autora zawartych tu tekstów ( w celu dotarcia do jak największej liczby odbiorców). Rozpowszechnianie w celach komercyjnych tylko i wyłącznie po wcześniejszych ustaleniach z autorem tekstów. Pragnę także zachęcić do niekomercyjnego rozpowszechniania zawartych na tym blogu tekstów, w końcu z takim założeniem został stworzony.

Serdecznie dziękuję i pozdrawiam autor:
F.M.Dudziński